Blue Flower

Koszykarze Śląska Wrocław odnieśli pierwsze zwycięstwo po przejęciu zespołu przez starego-nowego trenera, Andreja Urlepa. I było to zwycięstwo bardzo przekonujące, bo różnicą aż 42 punktów! Trójkolorowi pokonali w hali Orbita MKS Dąbrowa Górnicza 102:60.


Szkoleniowiec Śląska nie zdecydował się na żadne zmiany w wyjściowej piątce – podobnie jak w meczu z Lietkabelisem na parkiet od początku wybiegli Łukasz Kolenda, Jakub Karolak, Ivan Ramljak, Michał Gabiński i Cyril Langevine. Z kolei Jacek Winnicki, którego skład obecnie jest w dużej przebudowie, zdecydował się na zestawienie Adam Brenk, Michael Lewis II, Marcin Piechowicz, Milivoje Mijović i Josip Sobin.

Trójkolorowi wyszli na parkiet niezwykle skupieni i zmotywowani, by w końcu pokazać swoją najlepszą koszykówkę. Dobra gra defensywna obu drużyn sprawiła, że pierwsze punkty zobaczyliśmy dopiero po dwóch minutach, gdy dwa rzuty osobiste wykorzystał Langevine. Punktował także Jakub Karolak, który w krótkim odstępie czasu zdobył 5 punktów, wyprowadzając Śląsk na prowadzenie 7:5. Regularne punktowanie było wspierane także fantastyczną grą w obronie. Świetne zbiórki, bloki, czy nawet odbiory w środkowej części boiska sprawiały, że goście byli bezradni w ofensywie, co doprowadziło do wyniku 14:5.  Zawodnicy MKS-u musieli częściej sięgać po rzuty z dystansu, co dwukrotnie przyniosło oczekiwany skutek. Nie zrobiło to jednak większego wrażenia na Trójkolorowych, którzy szybko odwdzięczyli się po drugiej stronie parkietu. Gospodarze zakończyli pierwszą kwartę z prowadzeniem 25:13.

Początek drugiej kwarty absolutnie należał do Śląska. Dąbrowianie głównie jedynie obserwowali, jak trafiali Karolak, Dziewa, czy Kanter. Zaledwie po trzech minutach mieliśmy już wynik 37:16. Goście próbowali odpowiadać, jednak ich skuteczność pozostawiała wiele do życzenia. Z kolei świetna akcja Kolendy czy rzut za trzy Karolaka sprawiały, że gospodarze spokojnie utrzymywali wypracowaną przewagę. Z upływem czasu gra gości wyglądała coraz lepiej, ale Śląsk odpowiadał na każde punkty rywali. Cała drużyna funkcjonowała znakomicie, zarówno jako kolektyw, jak i pod względem indywidualnym. Świetne wejście na boisko zanotował Kodi Justice, dwukrotnie punktując po fantastycznych akcjach. Rewelacyjną drugą kwartę przypieczętował Kerem Kanter, wyprowadzając tym samym Śląsk na prowadzenie 51:27.

 Na drugą połowę Trójkolorowi wyszli nieco rozkojarzeni, jednak goście nie potrafili wykorzystać dwóch prostych strat Śląska. Zawodnicy WKS-u szybko wrócili na dobre tory, co sprawiło, że na przerwę na żądanie po czterech minutach trzeciej kwarty schodzili z prowadzeniem 62:34. Po wznowieniu gry goście znowu nie trafiali, a na ich bezskuteczne próby odpowiedział trójką Kodi Justice. Chwilę później Amerykanin po raz kolejny trafił z dystansu, a poza nim błyszczał także Jakub Karolak. Najpierw wykorzystał on podanie Kacpra Gordona, a następnie również rzucił za trzy. Kropkę nad “i” w trzeciej kwarcie pozostawił jednak Justice, dorzucając swoją czwartą trójkę w spotkaniu. Śląsk przed ostatnią partią prowadził aż 76:37.

W czwartej kwarcie obraz gry nie zmienił się w żaden sposób. Punktujący Karolak, Gordon i Dziewa wyprowadzili Śląsk na 45 punktów przewagi. Dąbrowianie w końcu odpowiedzieli kilkoma skutecznymi akcjami, ale ich zapędy były szybko hamowane przez Trójkolorowych, którzy konsekwentnie punktowali. W trakcie przerwy na żądanie trenera MKS-u, Jacka Winnickiego, na tablicy widniał wynik 91:51. W ostatniej kwarcie trener Urlep wpuścił na parkiet młodych zawodników Śląska – Jana Wójcika, Szymona Tomczaka i Michała Sitnika. Wszyscy zaznaczyli swoją obecność na boisku punktami, a Jan zdobył ich aż pięć, popisując się także efektownym wsadem, po którym złamaliśmy barierę stu punktów. Z kolei aż 19 minut w całym spotkaniu otrzymał Kacper Gordon, który odwdzięczył się aż 7 punktami i 7 asystami (najwięcej ze wszystkich zawodników)!

Koszykarze Śląska kontrolowali spotkanie od początku do końca i ostatecznie wygrali 102:60. Cała drużyna spisała się bardzo dobrze, ale na wyróżnienie z pewnością zasługują najskuteczniejszy Jakub Karolak (21 punktów, 5/7 za 3!) oraz Kodi Justice, który do 18 punktów (4/6 za 3) dołożył 6 asyst. Kerem Kanter zanotował z kolei double-double (16 punktów, 10 zbiórek), a 15 oczek dołożył Aleksander Dziewa. Wśród gości najwięcej punktów (19) zdobył Michael Lewis.

- Zawodnicy pokazali dziś prawdziwą chęć do gry, twardej walki w obronie i pomagania sobie nawzajem. Nad tym cały czas pracujemy i to musimy robić jeszcze lepiej. Dużo lepiej dzieliliśmy się piłką niż tydzień temu w Szczecinie. Źle zagraliśmy jednak na defensywnej tablicy i to na pewno musimy poprawić – mówił Andrej Urlep, trener Śląska, który dodawał: - Mam prośbę do kibiców. To jest nowy Śląsk, Śląsk, który się dopiero buduje. Potrzebujemy wsparcia fanów i bardzo chcielibyśmy, żeby jeszcze więcej ludzi pojawiało się na naszych meczach, by nas dopingować. My z kolei postaramy się dać wam przyjemność, dla której jest się na hali czy stadionie.

- Na pewno to zwycięstwo doda nam pewności siebie, wielu zawodników zapunktowało, graliśmy drużynowo. Dobrze dzieliliśmy się piłką i cieszyliśmy się grą. Ciężko pracujemy na treningach i chcieliśmy to dzisiaj pokazać fanom, którzy odwdzięczyli się świetnym dopingiem – komentował z kolei Kodi Justice.

Choć MKS nie jest zespołem z ligowej czołówki, to zwycięstwo 42 punktami zawsze robi duże wrażenie. W grze wrocławian powoli zaczyna już być widać rękę Andreja Urlepa, który przecież dopiero niedawno przejął zespół. Mamy nadzieję, że tak udany ofensywnie mecz napędzi koszykarzy Śląska przed kolejnymi spotkaniami. Ten ligowy już w kolejną sobotę w Hali Orbita przeciwko Treflowi Sopot, jednak wcześniej Trójkolorowi muszą stawić czoła francuskiemu Boulogne Metropolitans 92 w ramach rozgrywek EuroCupu.



Trener Andrej Urlep na pierwsze zwycięstwo będzie musiał poczekać przynajmniej do soboty. WKS Śląsk Wrocław przegrał na inaugurację 7DAYS EuroCup z Lietkabelisem Poniewież 50:79. Mecz stał pod dyktandem dobrej gry defensywnej i koszykarzom z Wrocławia do zwycięstwa zabrakło naprawdę niewiele, lecz w końcowej fazie meczu górę wzięło doświadczenie Litwinów. Najlepszym koszykarzem na parkiecie był Cyril Langevine. Amerykański środkowy zdobył 19 punktów i zaliczył 8 zbiórek.

Trójkolorowi rozpoczęli spotkanie dość zaskakującą pierwszą piątką w składzie Łukasz Kolenda, Jakub Karolak, Ivan Ramljak, Michał Gabiński i Cyril Langevine. Lietkabelis odpowiedział zestawieniem Nikola Radicević, Gediminas Orelik, Panagiotis Kalaitzakis, Tadas Vaiciunas i Djordje Gagić.

Od samego początku wiedzieliśmy, że czeka nas trudny orzech do zgryzienia i nie jesteśmy raczej stawiani w roli faworytów, jednak pierwsze minuty w wykonaniu Śląska były całkiem obiecujące. Dwa punkty Langevine’a i trójka Ramljaka, ale przede wszystkim twarda defensywa pozwoliły wrocławianom zacząć w mecz z wysokiego “C”. Bardzo dobrze wyglądał wcześniej wspomniany Cyril Langevine, który miał naprawdę trudnee zadanie, gdyż walczył z rosłym i niezwykle inteligentnym Djordjem Gagiciem. W początkowej fazie spotkania to Amerykanin był górą, co pozwoliło reszcie drużyny rozwinąć skrzydła. Na co również warto zwrócić uwagę, to wkład w grę kapitana Michała Gabińskiego. 34-letni silny skrzydłowy ciężko pracował na całym boisku i w obronie nie odpuszczał litewskiemu zespołowi choćby przez chwilę. Mecz zasadniczo stał pod znakiem dobrze zorganizowanej gry obronnej, gdyż po siedmiu minutach pierwszej kwarty na tablicy widniał wynik 11:11. Niestety, ale nie wszystko układało się po naszej myśli. Słabym elementem było rozegranie. Łukasz Kolenda od początku spotkania był bardzo niepewny z piłką przy ręce, a w obronie nie radził sobie z szybkim i sprytnym Kristupasem Zemaitisem. W końcówce Lietkabelis zaczął grać dużo lepiej i pierwszą kwartę skończył, prowadząc 19:14.

Niestety, ale początek drugiej kwarty również pozostawiał wiele do życzenia. WKS miał problemy z przeprowadzeniem akcji mieszczącej się w przepisowych 24 sekundach, a kolejna strata Kolendy dała Litwinom punkty z szybkiego ataku. Jednak co najważniejsze, Śląsk nie pozwolił swoim rywalom odskoczyć i przejąć kontroli nad całym spotkaniem. Nadzieje na przełamanie dało wejście Cyrlia Langevine’a, który w pierwszej kwarcie był najlepszym zawodnikiem Trójkolorowych. To jednak nic nie dało, gdyż wciąż brakowało pomysłu na rozegranie, które albo kończyło się stratą, albo nieprzygotowanym rzutem. Gdyby nie fantastyczny moment Aleksandra Dziewy (zdobywcy czterech punktów z rzędu), to Śląsk byłby w naprawdę poważnych tarapatach. Chwalona wcześniej defensywa również popadła w mały kryzys. Największą bolączką były zbiórki w defensywie. Djordje Gagić oraz doświadczony Kaspars Berzins bardzo dobrze radzili sobie pod naszym koszem i nie dawali nikomu szans w walce o piłkę. Niech dowodem na to będzie aż 9 ofensywnych zbiórek wy wykonaniu zespołu z Poniewieża. W ostatnich sekundach Śląsk zaczął w końcu grać lepiej i dokładniej, co również poskutkowało wynikiem na tablicy. Na przerwę wrocławianie schodzili, przegrywając 32:36.

Początek drugiej połowy to przede wszystkim przebudzenie Łukasza Kolendy. Nasz rozgrywający w końcu odzyskał spokój w rozegraniu, walczył o każdą piłkę i – choć wciąż miał problemy ze skutecznością – to jego gra miała prawo się podobać. Na pochwałę również zasługuje odcięcie od gry Nikoli Radicevicia. Były rozgrywający Trefla Sopot miał być generałem w ofensywie Lietkabelisu, ale nasza obrona bardzo szybko wybiła mu ten pomysł z głowy. Dzięki temu ataki Litwinów w trzeciej kwarcie były chaotyczne i nieskuteczne. Wciąż zachwycał Cyril Langevine, który mimo gorszych warunków fizycznych od Gagicia, wielokrotnie wygrywał walkę pod koszem. W połowie trzeciej kwarty Śląsk w końcu wyszedł na prowadzenie, a to za sprawą nieskutecznego dotychczas Łukasza Kolendy. 22-latek znalazł sobie doskonałą pozycję i świetnym rzutem zza łuku przerwał swoją serię nietrafionych rzutów. Kibice w hali Orbita oszaleli i dzięki ich wsparciu Śląsk zaczął grać naprawdę dobry basket. Ataki były składniejsze, defensywna szczelniejsza – wrocławianie nie przypominali tej pogubionej drużyny z pierwszej połowy. Każdy element gry uległ znaczącej poprawie i przed ostatnią kwartą podopieczni Andreja Urlepa przegrywali już tylko jednym punktem.

Początek czwartej kwarty był bardzo trudny i nawet efektowny wsad Langevine’a w niczym nie pomógł. To samo jednak można było powiedzieć o rywalach, którzy – tak, jak my – pudłowali na potęgę. Przez pierwsze cztery minuty mieliśmy sporo szans na objęcie prowadzenia, ale fatalna skuteczność z rzutów wolnych w niczym nie pomagała. W pewnym momencie zrobiło się bardzo gorąco, gdyż goście prowadzili już pięcioma punktami. Cały mecz był niezwykle wyrównany, więc taka przewaga znaczyła już sporo. Andrej Urlep błyskawicznie zareagował i wziął czas, który miał dać Trójkolorowym nowe życie. I dał, bo najpierw pięknym wsadem popisał się Dziewa, a chwilę później Lietkabelis popełnił błąd w rozegraniu. W następnej akcji niestety wróciły demony z pierwszej połowy. Łukasz Kolenda zaliczył swoją piątą stratę, która mocno skomplikowała pościg Śląska za zwycięstwem. W pewnym momencie przewaga Litwinów wzrosła aż do siedmiu oczek. Gospodarze walczyli z całych sił, ale strata okazała się już nie do odrobienia. Trudno wygrać mecz, gdy w ostatniej kwarcie rzuca się tylko dziesięć punktów. Ostatecznie to goście schodzili z parkietu jako zwycięzcy przy wyniku 70:59.

– Gratulacje dla Lietkabelisu, który zasłużył na zwycięstwo. Graliśmy źle w obronie, a w ataku zanotowaliśmy za dużo strat. Mogę pogratulować moim zawodnikom walki, bo jestem zadowolony z tego, jak walczyli. Musimy natomiast pracować nad skutecznością z rzutów wolnych, bo to był nasz bardzo słaby punkt – mówił po meczu trener Śląska, Andrej Urlep.

– Mamy obecnie dość wąską rotację, ale nie możemy używać tego jako wymówki, bo takie rzeczy zdarzają się w koszykówce. Na początku drugiej połowy mecz zaczął układać się dla nas dość dobrze, ale później spudłowaliśmy sporo rzutów i rywale nas dogonili. W ostatnich minutach byliśmy mocno zmęczeni, zmarnowaliśmy kolejne okazje do zdobycia punktów i ostatecznie przegraliśmy – dodawał Jakub Karolak.

Koszykarzom Śląska trudno odmówić ambicji, bo dzisiaj było naprawdę blisko. Szkoda takich meczów, w których już miało się kontrolę nad spotkaniem, ale na własne życzenie się ją straciło. Nawet fantastyczna postawa naszych dwóch środkowych – Cyrila Langevine’a (19 punktów, 8 zbiórek) oraz Aleksandra Dziewy (14 punktów, 4 zbiórki) nie uchroniła nas od porażki. WKS Śląsk Wrocław przegrywa pierwszy mecz w 7DAYS EuroCup z Lietkabelisem Poniewież 59:70. Kolejny mecz w europejskich pucharach już 27 października – wtedy “Trójkolorowi” podejmą francuskie Boulogne Metropolitans 92 na wyjeździe. Wcześniej drużynę Andreja Urlepa czeka jeszcze domowy mecz z MKS-em Dąbrowa Górnicza w ramach rozgrywek Energa Basket Ligi. Zapraszamy was do hali Orbita w sobotę o 15:30!





informujemy, że Strahinja Jovanović nie jest już zawodnikiem Śląska Wrocław. 25-letni rozgrywający podpisał kontrakt z Legią Warszawa.
Strahinji dziękujemy za występy w barwach Trójkolorowych i życzymy powodzenia w nowym klubie.

WKS Śląsk Wrocław przegrał z Kingiem Szczecin 83:99 w meczu 7. kolejki Energa Basket Ligi. Wrocławianie nie nawiązali tego dnia niestety większej walki z gospodarzami. Wilki Morskie od pierwszej kwarty budowały przewagę, którą z biegiem czasu tylko powiększały i bezpiecznie dowiozły do końca spotkania.

Poza jedenastką, która była ostatnio w Słupsku, Andrej Urlep do Szczecina wziął ze sobą jeszcze Szymona Tomczaka, który z bardzo dobrej strony pokazał się ostatnio w meczu Suzuki 1. Ligi. W pierwszej piątce Trójkolorowych wybiegli natomiast Łukasz Kolenda, Kodi Justice, Ivan Ramljak, Kerem Kanter i Cyril Langevine. King odpowiedział zestawieniem Jakub Schenk, Filip Matczak, Sherron Dorsey-Walker, Stacy Davis, Djoko Šalić.

Nieco lepiej spotkanie rozpoczęli wrocławianie, a bardzo aktywny od pierwszych minut był Łukasz Kolenda. Szybko zobaczyliśmy też, jak ważny był powrót Ramljaka, który już w pierwszych akcjach popisał się świetną asystą oraz efektownym blokiem. Przez długi czas żadna z drużyn nie była w stanie zbudować sobie jednak większej przewagi. W porównaniu do poprzednich spotkań widać było, iż Śląsk stara się grać szybciej w ataku. Niestety gorzej wyglądało to już w obronie, gdzie WKS zbyt wolno wracał pod własny kosz i szczecinianie nieraz z tego korzystali przy kontrach. Problemy widoczne były również przy zbiórkach, które w defensywie nie wyglądały najlepiej. Mimo to po ośmiu minutach King prowadził zaledwie jednym punktem. Końcówka pierwszej kwarty jednak zdecydowanie należała do gospodarzy. Śląsk nie trafił kilku rzutów z rzędu, a z kolei rywale zaczęli celnie rzucać z każdej pozycji i przed drugą częścią prowadzili 26:16.

Trójkolorowi po krótkiej przerwie zaczęli grać trochę lepiej, jednak przy dobrze dysponowanej obronie gospodarzy Śląsk musiał się mocno napracować na każdą zdobycz punktową. Aby dogonić rywali z pewnością brakowało nam celnych rzutów zza łuku (0/7 w pierwszej połowie). Lepiej z dystansu radzili sobie szczecinianie, którzy po kolejnym takim trafieniu prowadzili 14 punktami. Po dwóch akcjach podkoszowych Śląsk jeszcze trochę podreperował wynik, jednak bolesne okazały się być ponownie ostatnie dwie minuty przed przerwą. Wrocławianie zdobyli w nich zaledwie jeden punkt z rzutu wolnego. Przede wszystkim raziło wiele niewykorzystanych okazji do łatwych punktów w szybkim ataku, nawet przy przewadze pod koszem. Na dodatek zaczęliśmy popełniać błędy w obronie, a te niemiłosiernie wykorzystywali gospodarze. Dzięki dobrej skuteczności Kinga w końcówce do szatni schodziliśmy przy wyniku 29:48.

W drugiej połowie swoimi punktami oraz asystami sygnał do walki dali przede wszystkim Jovanović oraz Ramljak. Niestety w ataku wciąż nie zatrzymywały się również Wilki Morskie i tym samym ciężko nam było zmniejszać straty do rywali. Jeszcze trudniej było nam gonić wynik, kiedy ponownie zgubiliśmy rytm gry. Niestety coraz częściej popełnialiśmy proste błędy i mocno rosła po naszej stronie liczba strat. Po 23 minutach Śląsk w końcu przebudził się zza łuku i po dwóch celnych trójkach z rzędu mieliśmy wynik 44:59. Po chwili ładnego alley-oopa zagrali Justice z Cyrilem, a w następnej akcji trójką popisał się Kanter. Wyglądało na to, że Trójkolorowi zaczynają łapać wiatr w żagle, lecz w krótkim czasie dwoma trafieniami z dystansu odpowiedział Dorsey-Walker, niwecząc tym samym próbę naszej pogoni. Końcówka kwarty po raz kolejny w tym spotkaniu zdecydowanie należała do drużyny ze Szczecina i przed ostatnim dziesięcioma minutami na tablicy było już 58:80.

Ostatnią kwartę mocnym akcentem znów rozpoczęli gospodarze, a szybka trójka Kikowskiego szybko ostudziła zapędy Śląska. Mający dużą przewagę szczecinianie w ostatnich minutach nie grali już tak szybko i dokładnie jak wcześniej, jednak przy bardzo słabej grze Śląska gospodarze nie musieli się martwić o wynik. Śląsk dalej nie trafiał wielu rzutów, a co gorsza nie było tego dnia widać jakiegoś elementu gry, na którym zespół Urlepa mógłby oprzeć swoją ofensywę i spróbować sforsować dobrą obronę Wilków Morskich. Po kolejnym w tym spotkaniu alley-oopie Śląska oraz trójce Kolendy Śląsk zbliżył się co prawda jeszcze na 15 punktów, jednak do końca spotkania było już coraz mniej czasu. Ponadto szczecinianie nie mieli zamiaru doprowadzać do nerwowej końcówki i po przyspieszeniu gry dość łatwo ponownie prowadzili ponad 20 oczkami. Ostatecznie gospodarze wygrali to spotkanie 99:83.

– Gratulacje dla rywali, którzy zagrali dziś dobry mecz i zasłużyli na wygraną. Stara zasada mówi jednak, że gra się tak, jak przeciwnik pozwala. Muszę przyznać, że jestem bardzo zawiedziony tym, co dziś pokazaliśmy na boisku. Wszystko, nad czym pracowaliśmy i o czym mówiliśmy, zrobiliśmy zupełnie odwrotnie. Nasz występ to wstyd, a obrona była dziurawa jak szwajcarski ser. Rywale mieli bardzo wysoki  procent rzutowy, w pierwszej połowie nas po prostu zabili. To tylko pokazuje, jak fatalny mecz zagraliśmy. Mamy bardzo dużo do poprawy, niestety nie mamy na to zbyt wiele czasu. Zawodników czeka ciężka praca, by odmienić losy tego sezonu – mówił na pomeczowej konferencji prasowej trener Śląska, Andrej Urlep.

Pierwszego od 14 lat meczu z trenerem Urlepem na ławce trenerskiej z pewnością nie można zaliczyć do udanych. Śląsk tego dnia był gorszy prawie w każdym elemencie i z taką grą nie mógł liczyć na korzystny rezultat w Szczecinie. Pamiętamy niemniej o tym, że trener miał naprawdę mało czasu na przygotowanie zespołu do tego starcia. Trzeba mieć nadzieję, iż najbliższe dni wystarczą na poprawę gry, ponieważ już w środę czeka nas pierwsze spotkanie w EuroCupie przeciwko litewskiemu BC Lietkabelis. Bilety na mecz można kupić za pośrednictwem strony wks-slask.abilet.pl.









Andrej Urlep został nowym trenerem WKS Śląska Wrocław! Legenda naszego klubu zalicza trzeci powrót, aczkolwiek ten z pewnością można uznać za najbardziej niespodziewany. Po 14 latach Słoweniec tym samym wraca do miejsca, w którym święcił największe sukcesy w karierze. Ze Śląskiem jako trener zdobył pięć medali mistrzostw Polski, w tym aż cztery złote.

 

Urlep w 1996 roku został ogłoszony selekcjonerem seniorskiej reprezentacji Słowenii. Prowadził ją przez trzy lata i zakwalifikował się z nią na mistrzostwa Europy. W międzyczasie w 1997 roku po raz pierwszy związał się z koszykarskim Śląskiem. W tamtych latach do Polski nie zwykli przyjeżdżać trenerzy z zagranicy, więc pojawienie się Słoweńca było pewną niewiadomą.

Początkowo kibice nie byli zachwyceni jego osobą, ponieważ zupełnie zmienił styl gry proponowany przez Trójkolorowych. Z zespołu, który grał odważną ofensywną koszykówkę, Urlep zrobił drużynę mocno nastawioną na defensywę. Do tej pory wiele osób twierdzi, że to właśnie on zrewolucjonizował polską koszykówkę pod względem obrony. Na dodatek na ławce trenerskiej zachowywał się w bardzo ekspresyjny sposób, skacząc oraz krzycząc na swoich koszykarzy i sędziów. Tym samym szybko dorobił się popularnego pseudonimu ,,El Furioso”.

Dzięki świetnym wynikom kibice jednak szybko zmienili zdanie i wybaczyli trenerowi specyficzny styl gry oraz jego wybuchowość. Już w pierwszym sezonie pod jego wodzą Śląsk zdobył mistrzostwo Polski po emocjonującym finale z obrońcą tytułu z Pruszkowa. W kolejnym powtórzył sukces, a rywalizacja o złoto z ówczesnym Nobilesem Włocławek przeszła do historii Polskiej Ligi Koszykówki. Po dwuletniej przygodzie pełnej sukcesów trener karierę kontynuował w słoweńskiej Imos Ježica Ljubljanie.

Zaledwie po roku Urlep wrócił do Śląska i wrócił też do wygrywania trofeów. Już na starcie zdobył z klubem Superpuchar Polski, a następnie do kolekcji doszły kolejne dwa mistrzostwa Polski. Po drugim udanym pobycie we Wrocławiu postanowił spróbować swoich sił z Anwilem. Jak ze Śląskiem, tak i we Włocławku zdobył tytuł już w swoim pierwszym sezonie. Na dodatek było to pierwsze mistrzostwo w historii Anwilu, dzięki czemu jako jeden z nielicznych do tej pory szanowany jest zarówno we Wrocławiu, jak i we Włocławku.

Z Anwilem trener Andrej zdobył jeszcze dwa srebrne medale, po czym po raz trzeci przybył do Śląska. Trzeci kontrakt w stolicy Dolnego Śląska zaowocował brązowym medalem w sezonie 2006/07. Równocześnie z objęciem wrocławian, Urlep został nominowany na stanowisko trenera męskiej reprezentacji Polski. Pod jego wodzą biało-czerwoni awansowali na Mistrzostwa Europy pierwszy raz od 1997 roku. Na turnieju w Hiszpanii (2007) Polacy nie przeszli fazy grupowej, lecz pozostawili po sobie dobre wrażenie. Po mistrzostwach Europy selekcjoner przestał trenować kadrę i po rocznym rozbracie z koszykówką przejął Basket Kwidzyn.

Następnie w polskiej lidze prowadził Turów Zgorzelec, AZS Koszalin oraz Energa Czarnych Słupsk. W każdym z tych klubów trenerowi udało się awansować przynajmniej do play-offów. Po pobycie w Słupsku Urlep przejął litewską BC Dżukija Olita. Prowadził ją przez trzy sezony, z czego dwa razy awansował z zespołem do ćwierćfinału. W 2018 roku wrócił do Polski do ówczesnego mistrza kraju Zastalu Zielona Góra. W trakcie play-offów trener zrezygnował ze stanowiska i wrócił na Litwę. Po jednym sezonie, w którym ponownie dotarł z drużyną do ćwierćfinału i podczas którego pracował z Keremem Kanterem, postanowił wyjechać do Tajlandii. Tam aż do wybuchu pandemii covid-19 prowadził ekipę Mono Vampire.

Teraz Urlep po raz czwarty podejmie się prowadzenia Śląska Wrocław, czyli klubu, który zawdzięcza mu tak wiele. Poza pięcioma medalami mistrzostw Polski na wyobraźnię działają też liczby, które zdołał wykręcić podczas pobytów we Wrocławiu.  Za trzech kadencji Słoweńca koszykarze Śląska wygrali aż 161 z 218 spotkań (74% zwycięstw). Za sprawą jego sukcesów na ścianie hali Kosynierka zawisła pamiątkowa tablica z nazwiskiem trenera i listą jego osiągnięć z wrocławską ekipą. Liczymy jednak na to, że któregoś dnia tablica zostanie zdjęta i wymieniona na nową, już z większą liczbą trofeów.

Bardzo ważnym aspektem pracy nowego trenera będzie jego współpraca z asystentem Andrzejem Adamkiem, z którym znają się już bardzo długo. Adamek grał wszak w drużynie Śląska w latach, kiedy pierwsze dwa mistrzostwa z klubem zdobył Urlep. Następnie już jako trener Adamek w sezonie 2006/07 był asystentem Andreja zarówno w Śląsku, jak i w reprezentacji Polski. Potem drogi obu panów przecinały się jeszcze w Stelmecie Zielona Góra oraz ostatnio w Tajlandii. Teraz ponownie spotkają się we Wrocławiu. Trenerom życzymy powodzenia oraz wielu wspólnych sukcesów!

WKS Śląsk Wrocław przegrał z Grupa Sierleccy Czarnymi Słupsk 79:89 w meczu 6. Kolejki Energa Basket Ligi. Gospodarze prowadzili w tym spotkaniu od początku do końca i po raz kolejny pokazali, dlaczego są rewelacją sezonu.

Do składu meczowego przed spotkaniem w Słupsku wrócili Jakub Karolak i Ivan Ramljak; ten drugi wciąż nie był jednak w stanie wystąpić w zawodach z powodu problemów zdrowotnych. Trójkolorowi rozpoczęli taką samą piątką, jak ostatnio: Strahinja Jovanović, Kodi Justice, Łukasz Kolenda, Kerem Kanter i Cyril Langevine. Czarni odpowiedzieli zestawieniem Marek Klassen, Bartosz Jankowski, William Garrett, Lewis Beeech III i Mikołaj Witliński.

Początek meczu stał pod znakiem dużej nieskuteczności po obu stronach; niemoc przełamali Czarni, którzy odskoczyli wrocławianom na kilka punktów. Śląsk część strat odrobił dwiema dwupunktowymi akcjami Kerema Kantera. Potem jednak parkiet zdominowali gospodarze, którzy zwłaszcza na początku drugiej części kwarty byli bardzo groźni. Zespół 17-krotnych mistrzów Polski wziął się do roboty po wejściu na parkiet kapitana Michała Gabińskiego - to właśnie „Gabi” celną trójką rozpoczął pogoń za rywalem. W dwóch ostatnich minutach Śląsk zmniejszył stratę do Czarnych z 12 do 6 punktów - po pierwszej kwarcie było 27:21 dla rywali, ale koszykarze z Wrocławia w końcówce dali nam powody do optymizmu.

Niestety drugą część spotkania Śląsk rozpoczął źle. Wrocławianie złapali aż 3 faule w pierwszych 15 sekundach gry! Na szczęście dzięki dyscyplinie potem przez długi czas udało się unikać przewinień, a gra była wyrównana - Czarni prowadzili, ale Śląsk stopniowo odrabiał straty. W połowie kwarty w krótkim czasie najpierw Kanter trafił za trzy, a następnie Cyril Langevine popisał się efektownym wsadem i zbliżyliśmy się do gospodarzy na punkt. Słupszczanie zareagowali w najlepszy możliwy sposób i szybko zwiększyli przewagę do sześciu oczek – rywale zaczęli zasypywać Wojskowych rzutami z dystansu, niestety dla nas celnymi. Na szczęście podopieczni Petara Mijovicia nie chcieli pozostać dłużni i odpowiedzieli tym samym. Efekt był taki, że w dwie i pół minuty padło 6 (!) trójek z rzędu (4 dla Czarnych, 2 dla Śląska). Bardzo dobra pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 48:40 dla Czarnych Słupsk.

Drugą połowę wrocławianie zaczęli celnym rzutem z półdystansu autorstwa Łukasza Kolendy. Niestety przez brak skuteczności nie udało się pójść za ciosem i gospodarze szybko wrócili do ośmiopunktowego prowadzenia. Śląsk w końcu podkręcił tempo i po dobrych akcjach Justice’a oraz Dziewy zbliżył się na 7 oczek. Wydawało się, że to jest „ten” moment. Niestety (dla nas) dotkliwie wrocławianom przypomniał się Jakub Musiał, który wyhamował rozpędzających się Trójkolorowych bardzo ważnym rzutem za trzy. Wtedy też zaczęły się poważne kłopoty ekipy Śląska, która nie potrafiła zareagować we właściwy sposób. Efekt był taki, że trzecią kwartę zakończyliśmy przegrywając już 56:70.

Do decydującej części spotkania podchodziliśmy z dość sporą stratą, ale sytuacja była jeszcze do odratowania. Niestety w kluczowych momentach zawsze „czegoś” brakowało, a Czarni utrzymywali swoją mniej więcej 15-punktową przewagę. Dopiero w drugiej części kwarty udało się zbliżyć na 9 oczek; niestety było tojednak  tylko chwilowe. Bardzo groźny tego dnia Beech w dwóch akcjach z rzędu uzbierał łącznie 5 punktów i Czarni znów prowadzili czternastoma oczkami. W końcówce efektownym rzutem z dystansu popisał się jeszcze Kodi Justce, ale nic to już nie zmieniło. Losy meczu były przesądzone i ostatecznie gospodarze zwyciężyli 89:79.

W sobotnim meczu Czarni zanotowali 5 zbiórek, 7 asyst i 2 przechwyty więcej niż Trójkolorowi. Obie drużyny trafiały ze skutecznością dokładnie 40% zza łuku, ale podpieczni Mantasa Cesnauskisa byli celniejsi za dwa (63% - 51%). Wśród gospodarzy najwięcej punktów (25) zdobył Lewis Beeech III, a double-double zanotował Marek Klassen (13 pkt., 12 ast). Dla WKS-u 17 punktów i 5 zbiórek zanotował Aleksander Dziewa.

- Gratulacje dla Czarnych, którzy w tym momencie grają być może najlepszą ofensywną koszykówkę w lidze. My z kolei graliśmy zbyt miękko, na co nie można sobie pozwolić w takich meczach. Na początku meczu graliśmy zupełnie inne rzeczy niż te, które ćwiczyliśmy. 27 punktów w pierwszej kwarcie to zdecydowanie za dużo. Zostawiliśmy zbyt dużo wolnych pozycji Beeechowi, który jest świetnym strzelcem. Na początku trzeciej kwarty mogliśmy wrócić do gry, ale pozwoliliśmy na kontrę i nie trafiliśmy prostego lay-upa. Jak się okazało, była to ostatnia szansa, by wrócić do meczu. Rywale trafiali łatwe rzuty na różne sposoby, a my nie byliśmy w stanie odpowiedzieć, nawet będąc na bonusie. Słupszczanie zasłużyli na zwycięstwo – mówił po meczu trener Śląska, Petar Mijović.

Śląsk zanotował piątą porażkę w sezonie, a Czarni piąte zwycięstwo. Obie drużyny znajdują się na przeciwległych biegunach ligowych notowań. Słupszczanie są póki co największą rewelacją sezonu, a Wojskowi wciąż nie grają na miarę swoich umiejętności i oczekiwań. Kolejna szansa na przełamanie już w czwartek, kiedy w Szczecinie zmierzymy się z miejscowym Kingiem.

Anwil Włocławek pokonał WKS Śląsk Wrocław 80:74 w meczu 5. kolejki Energa Basket Ligi. Trójkolorowi rozegrali znakomitą pierwszą połowę, ale po przerwie Rottweilery odrobiły straty i przechyliły szalę zwycięstwa na swoją korzyść. W hali Orbita po raz pierwszy po pandemicznej przerwie zasiadł komplet publiczności, która wraz z koszykarzami stworzyła fantastyczne widowisko.

Drużyna Śląska do meczu przystąpiła mocno osłabiona kontuzjami – oprócz Justina Bibbsa z powodu urazów w kadrze meczowej zabrakło Jakuba Karolaka i Ivana Ramljaka. W ich miejsce w „dwunastce” pojawili się Michał Sitnik i Aleksander Leńczuk, a WKS rozpoczął piątką z aż trzema niskimi graczami: Strahinja Jovanović, Kodi Justice, Łukasz Kolenda, Aleksander Dziewa i Kerem Kanter. Anwil odpowiedział zestawieniem Kamil Łączyński, Kyndall Dykes, James Bell, Luke Petrasek i Kavell Bigby-Williams.

Pierwsze punkty w meczu i pierwsze dla Śląska zdobył Kolenda, który skutecznie zaatakował obręcz rywala. Pierwsze trzy minuty były jednak bardzo wyrównane aż do stanu 5:4 dla Anwilu. Później do głosu doszli gospodarze – najpierw celna trójka Kantera, a chwilę później floater Justice’a i było już 9:5 dla Wojskowych. Z akcji na akcję gra WKS-u zaczęła się nakręcać, a po kolejnej szybkiej kontrze i punktach Cyrila zrobiło się 15:7. Trener przyjezdnych Przemysław Frasunkiewicz jednak zachowywał zimną krew i czekał na rozwój sytuacji na parkiecie. Trójkolorowi utrzymywali bezpieczną przewagę i gorsze fragmenty w ataku potrafili nadrobić świetną pracą pod swoim koszem. Pod koniec pierwszej kwarty na placu gry pojawił się Aleksander Dziewa, który najpierw popisał się kapitalnym przechwytem i efektownym wsadem, a chwilę później dołożył „trójkę” i wrocławianie prowadzili 20:12. Gościom udało się odrobić tylko punkt i po 10 minutach Śląsk prowadził 20:13.

Drugą ćwiartkę kapitalnie rozpoczął Kodi, który dwukrotnie trafił zza łuku i powiększył przewagę WKS-u do 26:15. Z biegiem czasu obie ekipy dorzucały kolejne punkty, ale dystans nie ulegał większej zmianie i utrzymywał się na poziomie 8-10 punktów na korzyść gospodarzy. Do tej pory Trójkolorowi rozgrywali swój absolutnie najlepszy mecz w obecnym sezonie i grali na takim poziomie, jakiego oczekiwaliśmy od zespołu od samego początku. Po czterech minutach drugiej kwarty Śląsk prowadził 29:20 i fantastycznie balansował pomiędzy grą w ataku i w obronie. W drugiej części tej ćwiartki na parkiecie po raz pierwszy w tym sezonie pojawił się Aleksander Leńczuk i przywitał się z halą Orbita najlepiej, jak było to możliwe, trafiając zza łuku i powiększając przewagę Wojskowych do czternastu „oczek” (36:22). Później z niesamowitej pozycji trafił Munja, a kapitalny blok – już drugi w meczu – dołożył Cyril. W kolejnych fragmentach byliśmy świadkami przestoju z obydwu stron, który dopiero na minutę przed końcem kwarty zakończył Bigby-Williams, efektownie pakując z góry. Ostatnie słowo należało jednak do wrocławian, którzy pierwszą połowę wygrali 44:29.

W pierwszych 20 minutach meczu WKS imponował przede wszystkim doskonałą grą w obronie i skutecznym neutralizowaniem najsilniejszych stron rywala. Święta Wojna jest najlepszą okolicznością do prawdziwego przełamania zespołu i w pierwszej połowie wydawało się, że podopieczni Petara Mijovicia świetnie z tego korzystają. Kapitalne zawody rozgrywali Kodi Justice (13 pkt., 2 zb.) i Cyril Langevine (10 pkt., 9 zb.), który po 20 minutach miał na koncie niemal double-double. W ekipie Anwilu najlepiej punktowo wyglądali natomiast Luke Petrasek i Kavell Bigby-Williams.

Drugą połowę od kapitalnego alley-oopa rozpoczął duet Justice-Langevine, powiększając prowadzenie gospodarzy. Włocławianie jednak po przerwie wyglądali na dużo bardziej zmotywowanych i od początku rzucili się do odrabiania strat. Ich determinacja doprowadziła do tego, że po nieco ponad 4 minutach trzeciej kwarty przewaga wrocławian stopniała do 9 „oczek” (48:39). Później James Bell został ukarany faulem niesportowym, ale gospodarze nie potrafili tego wykorzystać. Następne minuty były jednak znowu pokazem siły Śląska – najpierw trójka Kantera, a chwilę później firmowy wjazd pod kosz w wykonaniu Munji i zrobiło się 54:41. Trzecia kwarta była dużo słabsza ofensywnie z obydwu stron, ale WKS sukcesywnie utrzymywał przewagę i na 26 sekund przed jej końcem prowadził 56:46. Ostatnim akcentem tej ćwiartki były rzuty wolne w wykonaniu Petraska. Podkoszowy gości wykorzystał jednak tylko jeden z nich i po 30 minutach na tablicy widniał wynik 56:47.

Ostatnią ćwiartkę świetnie rozpoczęli goście, którzy już po niespełna 2 minutach zdołali nawiązać kontakt i dojść WKS na 5 „oczek” (58:53). Kolejna nieskuteczna akcja wrocławian doprowadziła do szybkiej kontry i efektownego wsadu Petraska, który zmniejszył przewagę Śląska do zaledwie 3 punktów… Trener Mijović zmuszony był poprosić o czas. Po przerwie gospodarze szybko wrócili do gry, a trójka Kantera powiększyła prowadzenie Trójkolorowych. Na sześć minut przed końcem meczu faulował pod koszem Justice, a z decyzją sędziów nie zgadzała się ławka Wojskowych, za co gospodarze zostali ukarani faulem niesportowym. Rottweilery wykorzystały wszystkie rzuty wolne, a jakby tego było mało, chwilę później Mathews trafił zza łuku i na niespełna 5 minut przed końcem Anwil po raz pierwszy w tym spotkaniu prowadził – 63:61. Odpowiedź WKS-u była jednak błyskawiczna, a celny rzut zza łuku Kolendy na chwilę ostudził zapędy przyjezdnych i znowu dał prowadzenie gospodarzom. Trójkolorowi wciąż mieli jednak problemy przede wszystkim z trafianiem do kosza, a ostatecznie pogrążył nas rzut zza łuku Bella, dający Anwilowi sześciopunktową przewagę 70:64. Przerwa dla coacha Mijovicia na niewiele się zdała, bo chwilę później znów trafił Bell i goście na 2 minuty przed ostatnią syreną mieli już 8 punktów przewagi. W końcówce niesamowitą formą strzelecką błysnął Kolenda, trafiając dwie „trójki” z rzędu (jedną z faulem), ale to nie dało gospodarzom trzeciego zwycięstwa w sezonie. Ostatecznie Anwil wygrał w hali Orbita 80:74.

Pomimo porażki w grze Trójkolorowych można było zauważyć pewne pozytywy – WKS trafił aż 48% rzutów zza łuku (11/23) i rozdał 16 asyst przy 13 rywala. Zawiodła jednak skuteczność z linii rzutów wolnych (44%, 7/16), na minus trzeba zapisać także ilość strat (15). Indywidualnie najlepsze zawody rozegrali Cyril Langevine (12 pkt., 11 zb.), Kodi Justice (17 pkt.), Kerem Kanter (15 pkt., 5 zb.) i Łukasz Kolenda (12 pkt., 5 ast., 4 zb.). Wśród gości wyróżnili się James Bell (15 pkt., 8 zb., 4 ast.), Luke Petrasek (17 pkt., 7 zb.) i Jonah Mathews (17 pkt.).

– Zobaczyłem dziś dwa oblicza swojej drużyny. W pierwszej połowie graliśmy ze świetnym nastawieniem, energią i skupieniem, dzięki czemu mieliśmy ponad 15 punktów przewagi. Po przerwie stało się to, czego wszyscy obawialiśmy się z powodu braku trzech kontuzjowanych zawodników. To dużo nas kosztowało, bo krótka rotacja wśród niskich graczy powodowała ich duże zmęczenie. W związku z tym podejmowaliśmy trudne i złe decyzje, szczególnie w ataku i podczas trzeciej kwarty. Ponadto spudłowaliśmy sporo rzutów wolnych czy prób z otwartych pozycji. To wszystko pozwoliło wrócić Anwilowi do gry. Przez 30 minut graliśmy bardzo dobrze w obronie przeciwko bardzo utalentowanemu zespołowi, który w ostatniej kwarcie bazował przede wszystkim na indywidualnych umiejętnościach swoich zawodników. Próbowaliśmy zareagować zmianą obrony pick’n’rolla na ustawienie przeciwników z czterema niskimi i jednym wysokim graczem, ale rywale i tak znaleźli sposób, by trafić kilka trudnych rzutów w tym wyrównanym meczu. W najbliższych dniach musimy patrzeć przed siebie, być razem i uważać na kolejne kontuzje, by wygrać dwa nadchodzące wyjazdowe spotkania – mówił na pomeczowej konferencji prasowej trener Petar Mijović.

– To był mecz walki i Anwilowi należą się brawa za to, że nie poddali się i grali do końca. Zgadzam się, że pokazaliśmy dziś dwie różne twarze, na co mogły mieć wpływ kontuzje kilku zawodników. Młodzi gracze mieli dziś okazję, by nieco się pokazać i wykorzystali swoją szansę. Musimy grać lepiej po przerwie i jako jeden z liderów oraz najbardziej doświadczonych graczy mam obowiązek o to zadbać. To mimo wszystko wciąż początek sezonu i nie pozostaje nam nic innego, jak patrzeć przed siebie i spróbować wygrać w kolejny weekend – dodał Kerem Kanter.

Przegrana zawsze boli, a przegrana w Świętej Wojnie, po utracie 17-punktowego prowadzenia, boli potrójnie. Zawodnicy Śląska w pierwszej połowie pokazali kawał świetnej koszykówki, ale po zmianie stron nie byli w stanie utrzymać wysokiego poziomu gry. Duży wpływ mogły mieć na to wspomniane na wstępie kontuzje, które mocno ograniczyły rotację w drużynie Petara Mijovicia. Pomimo niekorzystnego wyniku dziękujemy wam za wspaniałą frekwencję w hali Orbita i stworzenie wspaniałej atmosfery, która momentami przywodziła na myśl dawne lata rywalizacji obu drużyn. Teraz przed nami dwa mecze wyjazdowe w Energa Basket Lidze, a następnie inauguracja rozgrywek 7DAYS EuroCup. 20 października zmierzymy się z Lietkabelisem i mamy nadzieję, że znów zapełnicie obiekt przy ulicy Wejherowskiej do ostatniego krzesełka!

W meczu 4. kolejki Energa Basket Ligi WKS Śląsk Wrocław pokonał na wyjeździe Asseco Arkę Gdynia 80:65. Po pierwszej połowie to gospodarze prowadzili jednym punktem, jednak Trójkolorowi świetnie zagrali w drugiej części tego spotkania i tym samym mogli świętować drugą wygraną w sezonie.

Do Gdyni wrocławianie pojechali bez kontuzjowanego Justina Bibbsa, za którego do meczowej ,,12″ powrócił Maksymilian Zagórski. W pierwszej piątce Trójkolorowych tak jak w ostatnim spotkaniu wybiegli natomiast Strahinja Jovanović, Kodi Justice, Ivan Ramljak, Kerem Kanter oraz Aleksander Dziewa. Arka Gdynia odpowiedziała zestawieniem Novak Musić, Wojciech Tomaszewski, Bartłomiej Wołoszyn, Nikola Mišković i Adam Hrycaniuk.

Pierwsze punkty w meczu należały do Hrycaniuka, aczkolwiek szybko odpowiedział mu Jovanović, zdobywając w swoim stylu punkty po odważnym wejściu pod kosz. W kolejnych minutach oba zespoły były dość nieskuteczne, a jak piłka trafiała do kosza, to praktycznie jedynie spod samej obręczy. W końcu z dystansu zaczął trafiać Śląsk. Najpierw trójkę zaliczył Ramljak, a chwilę później wyczyn ten powtórzył Justice. Gorzej sytuacja wyglądała niestety w obronie, gdzie Asseco zbyt łatwo było w stanie oddawać rzuty z czystych pozycji. Spowodowane było to też głównie tym, że Trójkolorowi zbyt często przegrywali walki przy zbiórkach i tym samym dawali gospodarzom kolejne szanse na trafienia. Na dodatek Arka również zaczęła trafiać zza łuku i budowała lekką przewagę. Ostatnie akcenty w kwarcie należały jednak do Śląska i po wspaniałym podaniu Kolendy oraz trafieniu Cyrila Langevine’a Asseco po pierwszej części prowadziło tylko 17:15.

Po kontrze Karolaka mieliśmy już remis, lecz w kolejnych paru akcjach piłka nie wpadała do kosza. Sytuację przełamał dopiero Langevine punktami z pomalowanego. Po trafionych rzutach z dystansu Jovanovicia oraz Karolaka Śląsk prowadził już 25:21, a trener Arki poprosił o przerwę. Gdynianie dalej stawiali głównie na wejścia pod kosz lub rzuty z półdystansu. Bardzo dobrze w tej roli odnajdywał się Bogucki, który w pierwszej połowie zdobył 10 punktów. W grze pod koszem świetnie radzili sobie jednak również koszykarze Śląska, powiększając nieznacznie swoje prowadzenie. Widoczny był szczególnie Dziewa, który do kilku oczek dorzucił również imponujący blok. Końcówka pierwszej połowy należała jednak do gospodarzy, którzy powoli zbliżali się do Śląska, a po rzucie Davida Czerapowicza z połowy boiska w ostatniej akcji, na przerwę schodzili nawet z prowadzeniem 38:37.

Wrocławianie dobrze rozpoczęli drugą połowę i idealnie rozegraną akcję po obwodzie rzutem zza łuku wykończył Jovanović. W kolejnych minutach oba zespoły zmieniały się na prowadzeniu, jednocześnie zdobywając punkty głównie po rzutach wolnych. Po zagraniu 2+1 Kantera Śląsk prowadził pięcioma punktami, jednak gospodarze wciąż byli groźni i nie odpuszczali. W kolejnych akcjach ponownie w tym meczu zatrzymała nam się gra ofensywna obu drużyn. Niechlubną serię dopiero na minutę przed końcem kwarty przełamał Ramljak. Chwilę później trójkę dorzucił Karolak i WKS miał już 12 punktów przewagi. W ostatnich sekundach wsadem popisał się jeszcze Tomaszewski, ale to Śląsk przed ostatnią częścią meczu prowadził 59:49.

Trójkolorowi jakby jednak sami chcieli sobie utrudnić zadanie w ostatnich dziesięciu minutach, w zaledwie kilkadziesiąt sekund łapiąc cztery faule. Na szczęście wciąż dobrze wyglądała nasza gra ofensywna. Najpierw odważną akcją popisał się Dziewa, a następnie za trzy trafili Karolak oraz Ramljak. Po przerwie na żądanie trenera Mitrovicia nie zmienił się na szczęście obraz tego spotkania. Z przodu koszykarze Śląska wciąż byli skuteczni, a na dodatek coraz lepiej wyglądała też gra w obronie. Tym samym na cztery minuty przed końcem Śląsk prowadził 19 punktami. Dzięki tak bezpieczniej przewadze po raz pierwszy na dłuższy okres gry liczyć mogła nasza młodzież, która już w poniedziałek rozpocznie rozgrywki Suzuki 1. Ligi. Pod koniec gospodarze zmniejszyli jeszcze trochę straty, ale Śląsk ostatecznie pewnie wygrał to spotkanie 80:65.

– Po raz kolejny wrócę do meczu z Twardymi Piernikami Toruń, kiedy pomimo sumiennego przygotowania mieliśmy nieco problemów mentalnych i przegraliśmy spotkanie – mówił na pomeczowej konferencji prasowej trener Śląska, Petar Mijović. – Teraz ważne jest dla nas, by poprzez zwycięstwa odzyskać pewność siebie i wrócić na dobrą ścieżkę. Mam nadzieję, że znajdziemy sposób, by regularnie grać jakościową koszykówkę. Następny mecz może nam pokazać, w jakim miejscu jesteśmy. Straciliśmy ważnego gracza w rotacji, bowiem Justin Bibbs doznał poważnej kontuzji i wypadł z gry do końca sezonu. Dziś zmieniliśmy więc nieco role i minuty dla poszczególnych zawodników, ale po trudnej pierwszej połowie znaleźliśmy sposób – szczególnie w obronie – by odpowiedzieć gdynianom. Zagraliśmy z dużą energią i uważam, że zasłużyliśmy na zwycięstwo.

– Zespół Asseco Arki zagrał dobre spotkanie, ale po przerwie byliśmy od nich po prostu lepsi – dodawał Aleksander Dziewa. – Musimy pamiętać, że liga jest bardzo wyrównana i w każdym meczu trzeba grać na wysokim poziomie przez pełne 40 minut. Po pierwszej połowie przegrywaliśmy jednym punktem, ale potrafiliśmy wyjść z szatni z pełną koncentracją i determinacją. Poprawiliśmy aspekty obronne, dzięki czemu koniec końców wygraliśmy. Na pewno cieszy też, że swoje szanse od trenera otrzymali dzisiaj wszyscy zawodnicy.

Wygrana z Asseco Arką była pierwszym w tym sezonie pewnym zwycięstwem Śląska różnicą co najmniej kilkunastu punktów. Cieszy nie tylko zdobycie dwóch oczek, które było naszym obowiązkiem, ale także styl gry, który z meczu na mecz wygląda coraz lepiej. Ważnym wyznacznikiem obecnej formy Trójkolorowych będzie Święta Wojna z Anwilem Włocławek, która odbędzie się już w przyszłą niedzielę o 17:30 w hali Orbita. Z kolei już w poniedziałek TBS Śląsk II Wrocław zmierzy się z PGE Turowem Zgorzelec w Kosynierce na inaugurację sezonu Suzuki 1. Ligi.