Blue Flower

W rozgrywanym awansem meczu 11. kolejki Energa Basket Ligi Polski Cukier Toruń pokonał WKS Śląsk Wrocław 70:68. Punkty na wagę zwycięstwa zdobył w końcówce meczu James Eads III. Dla Trójkolorowych to już trzecia porażka w trzecim meczu obecnego sezonu.

Wrocławianie do pierwszego domowego starcia w hali Orbita przystępowali bez leczącego uraz Michała Gabińskiego. W porównaniu do meczu w Ostrowie Wielkopolskim, w meczowej „12” brakowało również Szymona Walskiego. W ich miejsce pojawili się Kacper Gordon i Maksymilian Zagórski. W pierwszej piątce Trójkolorowych wybiegli natomiast Strahinja Jovanović, Kodi Justice, Ivan Ramljak, Kerem Kanter i środowy kapitan – Aleksander Dziewa. Twarde Pierniki odpowiedziały zestawieniem Maurice Watson, James Eads III, Bartosz Diduszko, Aaron Cel i Trevor Thompson.

W spotkanie lepiej weszli goście, którzy szybko wyszli na prowadzenie 4:0. WKS w pierwszych fragmentach odpowiadał głównie rzutami z dystansu, które skutecznie wykonywali Kanter i Justice. Przewaga wciąż jednak pozostawała po stronie gości, ale z minuty na minutę widać było progres w grze gospodarzy. Do gry włączyli się Dziewa i Ramljak, ten pierwszy dwukrotnie kończył akcje spod kosza punktami, a drugi zaliczył efektowny blok w obronie i tak na 4 minuty przed końcem kwarty wrocławianom wreszcie udało się wyjść na prowadzenie – 15:13. Pod koniec pierwszej odsłony na parkiecie pojawili się Łukasz Kolenda, Cyril Langevine i Justin Bibbs, który dwiema trójkami z rzędu podwyższył prowadzenie Trójkolorowych na 21:17. Świetnym przechwytem popisał się Ramljak, zmuszając tym samym Watsona do faulu niesportowego. Ostatnie punkty w tej ćwiartce należały do Kolendy, który ustalił wynik na 24:18 dla gospodarzy.

Drugą ćwiartkę efektowną trójką rozpoczął Kolenda, a chwilę później dobra obrona Wojskowych pozwoliła na łatwe punkty Bibbsa i Śląsk odjeżdżał rywalom (29:19). Trener torunian Ivica Skelin zmuszony był poprosić o czas. Po przerwie przewaga gospodarzy jednak tylko rosła, a po kolejnym skutecznym rzucie zza łuku Kantera było już 36:24. Później jednak dużo lepszy fragment zaliczyli przyjezdni, a dwie z rzędu skuteczne akcje Thompsona sprawiły, że prowadzenie WKS-u stopniało do 5 „oczek” (38:33). W międzyczasie szkoleniowiec Wojskowych Petar Mijović poprosił o czas, ale na niewiele to się zdało, a po rzutach wolnych Eadsa było już tylko 38:35. Błędy Śląska zaczęły się mnożyć, jeden z nich na kolejne łatwe punkty zamieniły Twarde Pierniki i ostatecznie pierwsza część gry zakończyła się jednopunktowym prowadzeniem wrocławian 38:37.

W pewnym momencie pierwszej połowy Trójkolorowi mieli już kilkanaście punktów przewagi, ale słabszy fragment – głównie w ataku – sprawił, że wynik do przerwy nie wygląda aż tak okazale, jak się na to zanosiło. Na szczególne wyróżnienie w zespole gospodarzy zasłużyli Kerem Kanter (11 pkt., 4 zb.) oraz Aleksander Dziewa (8 pkt.). W ekipie rywali zdobycze punktowe rozkładały się na większą ilość graczy, a najlepiej wypadał w tej kwestii James Eads III (8).

Trzecią kwartę od dobrej akcji pod koszem rozpoczął Cyril Langevine, dając gospodarzom prowadzenie 40:37. Chwilę później Munja zagrał pick’n’rolla z Cyrilem i wrocławianie znowu zaczęli odjeżdżać. Po punktach Justice’a, Ivica Skelin poprosił o czas (44:37). Po przerwie przepotężnym blokiem popisał się ponownie Langevine, który wszedł w drugą połowę wybornie. Tym bardziej, że chwilę później ponownie dobrze manewrował pod koszem i było już 48:40. Później Trójkolorowi zaliczyli kolejny słabszy fragment i ponownie się to zemściło, a po trójce Eadsa było już tylko 50:48 i trener Mijović wziął czas. Do samego końca trzeciej kwarty gra toczyła się właściwie kosz za kosz, a rzuty wolne Cela na 44 sekundy przed zakończeniem tej ćwiartki dały wynik 55:51. Końcówka należała jednak do Bibbsa, który z bardzo trudnej pozycji trafił swoją trzecią trójkę w meczu i ostatecznie wrocławianie wygrywali 58:52.

Ostatnia kwarta zaczęła się serią błędów i bardzo nieskutecznych rzutów z obydwu stron. Pierwsze punkty w tej ćwiartce zdobyli goście, zmniejszając rozmiary prowadzenia gospodarzy do czterech „oczek” (58:54). W kolejnych fragmentach mecz toczył się więc na styku, a jedni i drudzy wymieniali się skutecznymi akcjami. Na pięć minut przed końcem w hali Orbita wydarzyło się coś niesamowitego, najpierw Cel trafił trójkę z rękami nad głową i bez wyskoku, a chwilę później kolejną trójkę rzucił Michał Kołodziej i goście po bardzo długim czasie wrócili na prowadzenie 64:62. Śląsk miał niespełna 4,5 minuty na odwrócenie losów meczu. Po przerwie trenera Mijovicia kibice na stojąco zaczęli dopingować goniących wynik Trójkolorowych, ale o każdy punkt trzeba było niesamowicie walczyć. W najtrudniejszym momencie znowu kluczowy był Bibbs, który rzucił celnie zza łuku, na dodatek z faulem i zaliczył akcję 3+1, przywracając prowadzenie gospodarzy 68:66. Później jednak skutecznie rzuty wolne wykonał Kołodziej i na 1:30 przed zakończeniem meczu był remis 68:68. Pomimo fenomenalnego bloku Cyrila, Eads ostatecznie dobił celnie i na 16 sekund przed ostatnią syreną to goście prowadzili 70:68. Decydujący rzut Justice’a okazał się niecelny i ostatecznie Śląsk przegrał trzecie spotkanie w tym sezonie – 68:70.

W drużynie Trójkolorowych najskuteczniej punktowali Kerem Kanter (16 pkt., 8 zb.) i Justin Bibbs (15 pkt.). W zespole z Torunia aż czterech graczy zdobyło dwucyfrową liczbę punktów – James Eads III (15), Maurice Watson i Aaron Cel (po 14) oraz Michał Kołodziej (12).

– Ciężko powiedzieć coś mądrego w takim momencie. To dla nas trudna porażka. To na pewno nie jest ta sama drużyna, którą widzę na treningach i wydaje mi się, że nasz problem może tkwić w sferze mentalnej, a nie koszykarskiej. Odpowiedzialność za nasz bilans po trzech spotkaniach spoczywa na moich barkach – mówił na pomeczowej konferencji prasowej trener Śląska, Petar Mijović. – Oczekiwaliśmy od spotkania z Toruniem zdecydowanie dużo więcej. Mieliśmy już ponad 10 punktów przewagi, ale w tym momencie popełniliśmy podstawowe błędy i pozwoliliśmy rywalom wrócić do gry. W takich sytuacjach łatwo stracić pewność siebie. Tak jak mówiłem wcześniej, ta grupa zawodników pracuje bardzo ciężko i sumiennie od momentu, kiedy trafiłem do klubu. Jest bardzo duża różnica pomiędzy tym, jak wyglądamy na treningach, a jak na meczach. Przed nami dużo pracy nad mentalem zawodników i ich pewnością siebie, bo na pewno stać ich na dużo lepszą grę. Tak jak mówiłem, odpowiedzialność za dotychczasowe wyniki spoczywa na mnie, bo wierzę, że pracuję z grupą naprawdę świetnych i pracowitych koszykarzy.

Zgodzimy się z trenerem Mijoviciem, że po takim meczu ciężko jest napisać coś mądrego. Bilans 0-3 na starcie sezonu to duże rozczarowanie, podobnie jak porażka w pierwszym spotkaniu na własnym parkiecie w hali Orbita. Nie pozostaje nam jednak nic innego, jak nadal ciężko pracować i starać się, by praca na treningach przełożyła się na dobre występy w Energa Basket Lidze. Kolejna szansa na przełamanie złej passy w poniedziałek – o 19:00 zmierzymy się u siebie z Enea Abramczyk Astorią Bydgoszcz. Już teraz zapraszamy was na to spotkanie. Hej Śląsk!