Blue Flower

W ostatnim ćwierćfinale Suzuki Pucharu Polski WKS Śląsk Wrocław pokonał Grupa Sierleccy Czarnych Słupsk 88:77 i awansował do najlepszej czwórki rozgrywek! Kolejne kapitalne spotkanie rozegrał Travis Trice, który z 28 punktami i 9 asystami na koncie poprowadził Trójkolorowych do wygranej. W półfinale Śląsk zagra z Arged BM Stalą Ostrów Wielkopolski.

Trener Andrej Urlep po raz kolejny nie zdecydował się na zmiany w wyjściowej piątce, desygnując do gry od pierwszych minut Travisa Trice’a, Kodiego Justice’a, Ivana Ramljaka, Aleksandra Dziewę i Martinsa Meiersa.

Jako pierwszy do kosza trafił Meiers. Śląsk z prowadzenia nie cieszył się jednak zbyt długo, bo Czarni szybko wyrównali, a po chwili objęli prowadzenie po celnej trójce Anthony Lewisa. Pierwsze minuty to gra cios za cios, ale jeszcze przed połową ćwiartki to wrocławianie zaczęli przeważać. Ważne punkty spod kosza zdobyli Meiers i Szymon Tomczak, a świetnymi rzutami za trzy popisali się Trice i Justice. Zespół Andreja Urlepa atakował na wszystkie możliwe sposoby, a w rolę dyrygenta idealnie wczuł się Trice. W pewnym momencie Wojskowi byli już osiem oczek „do przodu”.

Celna trójka Billy’ego Garretta pozwoliła jednak słupszczanom wrócić do gry. Podopieczni Mantasa Cesnauskisa zaczęli gonić wynik. Po kontrze zakończonej wsadem Kalifa Younga tracili do naszej drużyny już tylko trzy punkty. Śląsk dobrze zareagował i odpowiedział Czarnym, głównie akcjami kończonymi spod kosza. Końcówka pierwszej kwarty należała do wrocławian i dzięki trafieniom Tomczaka oraz Dziewy WKS wygrał ją 28:21.

Początek drugiej części gry nie był już tak efektowny, jak pierwszej i zdobywanie punktów przychodziło obu zespołom z większym trudem. Zza łuku przymierzył Justice, ale Czarni odpowiedzieli dwiema podkoszowymi akcjami Mikołaja Witlińskiego. Z kolei Aleksander Dziewa wykończył ładną akcję Trójkolorowych wsadem, a po chwili trafił także z rzutów wolnych – podobnie jak Szymon Tomczak. Na tablicy utrzymywał się jednak status quo, bowiem regularnie za dwa punktowali Czarni – oczka na swoim koncie zapisali Garrett i Young.

Trzy minuty przed końcem pierwszej połowy zawodnicy ze Słupska zdołali wyrównać stan spotkania, wykorzystując ofensywny przestój Śląska. Końcówka drugiej kwarty to z kolei prawdziwy pojedynek pomiędzy Travisem Tricem a Anthonym Lewisem. Na akcję 2+1 Trice’a Lewis odpowiedział celną trójką, ale ostatnie słowo należało do zawodnika WKS-u. Amerykanin najpierw wykorzystał dwa rzuty wolne, a następnie trafił z półdystansu, dzięki czemu po 20 minutach jego zespół prowadził 46:42.

Druga połowa rozpoczęła się od celnego lay-upu Tomczka. Chwilę później trójką z rogu odpowiedział Marek Klassen. Wrocławianie nie dali się wybić z rytmu i starali się robić swoje. Trójkolorowi dobrze bronili, ale pudłowali rzuty. Wynik zatrzymał się na stanie 51:47 i wydawało się, że pierwszy zespół, który się przełamie, przejmie kontrolę nad spotkaniem. I Śląsk zrobił to, ale potrzebował na to ponad dwie minuty. Najpierw Trice skutecznie wykonał dwutakt, a następnie za trzy rzucił Justice i Mantas Cesnasuskis poprosił o czas.

Efekty było widać od razu, bo jego zespół po przerwie szybko odrobił pięć oczek. Nie zaspał jednak trener Urlep, który również wziął time-out i zdecydowanie wygrał tę „licytację”. Dwukrotnie zza łuku trafił Karolak, a z półdystansu i dystansu kąsał Trice. Ostatnie słowo w 3Q należało jednak do Czarnych, a dokładnie do Klassena. Kanadyjczyk równo z syreną rzucił z dystansu przez ręce Olka Dziewy i ustalił wynik po 30 minutach na 69:62 dla WKS-u.

Od początku czwartej ćwiartki słupszczanie ruszyli do ataku. Już w pierwszej akcji Klassen po raz kolejny celnie rzucił zza łuku i zrobiło się już tylko 65:69. Po nieco ponad dwóch minutach był już remis i dopiero wtedy celnym rzutem za dwa wykazał się Karolak. Czarni jeszcze raz zdołali wyrównać dzięki celnym wolnym Lewisa. Potem znów wiatr w żagle złapali wrocławianie i szybko odskoczyli pogoni. Dzięki punktom Kantera i Trice’a prowadziliśmy szcześcioma oczkami, a po kontrze zakończonej przez Ramljaka trener Cesnasuskis wziął czas.

Niewiele to jednak pomogło, a duet Trice-Kanter pchał Śląsk w kierunku zwycięstwa. Na minutę przed końcem Śląsk prowadził już jedenastoma punktami. Kiedy Kanter w ostatniej minucie trafił spod kosza na 88:75, losy meczu były już przesądzone. Czarni jeszcze zdobyli dwa oczka za sprawą Bartosza Jankowskiego, ale finalnie WKS zwyciężył 88:77 i zameldował się w półfinale Pucharu Polski!

Śląsk wyszarpał wygraną pomimo sporych problemów na deskach – Czarni dość wyraźnie wygrali zbiórkę (44:35). WKS rozdał za to 0 7 asyst więcej, zanotował o tyle samo strat mniej i rzucał z nieco lepszą skutecznością. Przede wszystkim jednak Trójkolorowi mieli w swoich szeregach Travisa Trice’a, który rozegrał kolejne świetne spotkanie i był bezsprzecznie najlepszym zawodnikiem na parkiecie. Mnóstwo efektownych akcji, 28 punktów, 9 asyst, 6 wywalczonych fauli, 3 przechwyty i współczynnik EVAL na poziomie 34 – tego dnia Travis był po prostu nie do zatrzymania!

– Nasi zawodnicy dali z siebie absolutne maksimum. Po raz kolejny muszę podkreślić, że już od tygodnia jesteśmy w drodze, a za nami bardzo trudna podróż i powrót z Andory. Moi zawodnicy wyciągnęli z siebie ostatnie siły i muszę im pogratulować. Niestety dla nas kolejny mecz jest już jutro, musimy się zregenerować i przygotować na zespół z Ostrowa Wielkopolskiego – mówił na pomeczowej konferencji prasowej trener Andrej Urlep.

Wojskowi w świetnym stylu podnieśli się po bolesnej porażce w Andorze i już jutro o 19:00 powalczą o finał Suzuki Pucharu Polski z Arged BM Stalą Ostrów Wielkopolski. Kluczem w przygotowaniach do starcia z mistrzem Polski będzie niewątpliwie wspomniana przez trenera Urlepa regeneracja. Dla Wrocławian będzie to już czwarty (!) mecz na przestrzeni tygodnia. Niewątpliwie przyda się też wysoka forma Travisa Trice’a, któremu – mamy nadzieję – dotrzymają kroku koledzy z zespołu.


MoraBanc Andorra zakończyła serię zwycięstw WKS Śląska Wrocław na pięciu wygranych z rzędu. Zawodnicy Davida Eudala pewnie pokonali Trójkolorowych 99:65 w zaległym spotkaniu 9. kolejki 7DAYS EuroCup. Najwięcej punktów (16) dla WKS-u zdobył Travis Trice.

Trener Andrej Urlep po raz kolejny nie zdecydował się dokonać zmian w wyjściowej piątce Śląska, która prezentowała się następująco: Travis Trice, Kodi Justice, Ivan Ramljak, Aleksander Dziewa i Martins Meiers. Z meczowej „dwunastki” wypadli Jan Wójcik oraz D’Mitrik Trice – ten ostatni nie mógł wystąpić w Andorze, ponieważ nie był zgłoszony do rozgrywek podczas pierwotnego terminu spotkania.

Śląsk wtorkowy mecz zaczął niezwykle skutecznie i efektownie – aż 5 pierwszych akcji WKS-u zakończyło się punktami! Rozpoczął efektownym dunkiem Meiers, chwilę później „poprawił” Ramljak łatwymi oczkami w kontrze, a Justice trafił zza łuku. Następnie fantastyczną techniką popisał się Trice, który „zatańczył” z rywalem i trafił z półdystansu. Z kolei po zespołowej akcji i świetnym podaniu Ramljaka na pusty kosz rzucił Meiers. Po paru minutach gospodarze jednak „obudzili się” i błyskawicznie odrobili straty. Clevin Hannah rozpoczął punktowanie dla Andorczyków, Victor Arteaga efektownie zapakował z góry, a Conor Morgan i Drew Crawford przymierzyli zza łuku. Z prowadzenia Śląska 11:3 błyskawicznie zrobiło się 13:11 dla MoraBancu.

Stan spotkania wyrównał punktami spod kosza Justice, ale w kolejnych minutach w poczynania ofensywne Wojskowych wkradło się dużo chaosu. Skrzętnie wykorzystali to gospodarze – Hannah łatwo przedarł się pod obręcz i wykończył akcję, a kolejne oczka po podkoszowej walce zdobyli Nacho Llovet i Moussa Diagne. Prowadzenie gospodarzy udało się jednak zmniejszyć do jednego punktu za sprawą Szymona Tomczaka, który dwukrotnie bardzo dobrze zachował się pod koszem rywali i wykończył akcje zespołu. Na oczka „Świeżego” odpowiedział Codi Miller-McIntyre, który trafił spod kosza i za trzy. Ostatnie słowo w pierwszej kwarcie należało jednak do Travisa Trice’a, który do konta Śląska dołożył dwa oczka z półdystansu. Po 10 minutach MoraBanc Andorra prowadziła 24:20.

Druga część gry zaczęła się od celnej próby z dystansu, dwóch wykorzystanych rzutów wolnych oraz punktów w kontrze Mario Nakicia. Świetny fragment Serba powiększył przewagę gospodarzy do jedenastu oczek, a trener Urlep zareagował przerwą na żądanie. Ta niestety nie przyniosła oczekiwanych rezultatów. Llovet trafił za trzy, a Nakić w kontrze, przedłużając serię punktową Andory do aż 12-0. Wejście na parkiet Kacpra Gordona nie poprawiło ofensywnej gry WKS-u, która w tym okresie wyglądała po prostu bardzo źle i chaotycznie. Nielicznymi przebłyskami wrocławskiej drużyny były kapitalny blok Kerema Kantera na Digne oraz dwie trójki z rzędu Kodiego Justice’a. W międzyczasie ponownie zza łuku celnie przymierzył Nakić i rywale prowadzili już 38:26.

W kolejnych minutach gospodarze w końcu nieco „zacięli” się w ataku. Fantastycznym blokiem na rywalu tym razem popisał się Dziewa, efektownie zatrzymując Crawforda. Przez pięć minut punkty z gry dla MoraBanc Andorry zdobył jedynie Arteaga, ale zespół Andreja Urlepa nie potrafił tego wykorzystać. Mocno szwankowała skuteczność Trójkolorowych, którzy w pierwszej połowie trafili jedynie 48% rzutów z gry i 20% prób zza łuku. Nieliczne punkty dla WKS-u zdobyli Ramljak po bardzo ładnym podaniu Justice’a oraz Trice kolejnym efektownym rzutem z półdystansu. Po 20 minutach gry gospodarze prowadzili 41:30.

Początek trzeciej kwarty nie przyniósł zmiany obrazu spotkania. Diagne trafił za trzy, a Miller-McIntyre i Morgan spod kosza. Justice odpowiedział punktami z półdystansu, ale po chwili świetny moment zaliczył Oriol Pauli. Hiszpan najpierw trafił z narożnika po świetnej akcji całej drużyny, a po chwili sfinalizował kontrę Andory, powiększając prowadzenie gospodarzy do stanu 53:34. Sytuację jeszcze bardziej pogorszyły celne próby zza łuku Morgana i Pauliego. Tego dnia kibice Trójkolorowych mogli bić im brawo głównie po blokach swoich ulubieńców – tym razem Tomczak popisał się efektowną „czapą” na Nakiciu. Po kontrze i punktach Pauliego gospodarze prowadzili już 63:34.

W drugiej części trzeciej kwarty w końcu udało się zakończyć kilka akcji punktami i zmniejszyć rozmiary strat. W szybkim ataku zapunktował Trice, z faulem trafił Tomczak, a Karolak i Kanter przymierzyli z dystansu. Andora odpowiedziała punktami z trumny Arteagi i Clevina Hannaha – WKS nie potrafił tego dnia znaleźć sposobu na podkoszowe manewry rywali. Udało się jednak w końcu zacząć trafiać za trzy – tej sztuki tym razem dokonali Trice oraz ponownie Kanter. Dla Andory floaterem zapunktował jeszcze Hannah, a na koniec trzeciej kwarty po ładnej akcji zespołu spod kosza trafił Guillem Colom. Po 30 minutach na tablicy widniał wynik 71:52.

Przed czwartą kwartą nic nie wskazywało, by gospodarze mogli nie wygrać tego meczu. Ostatnia część gry zaczęła się od dwupunktowych akcji Kantera i Hannaha, z półdystansu przymierzyli także Trice i Crawford. Hannah i Crawford trafili również za dwa. W drużynie WKS-u na parkiecie ponownie pojawił się Kacper Gordon, który zaznaczył swoją obecność na parkiecie celną próbą z półdystansu. Z syreną za trzy trafił z kolei Ramljak, nieznacznie zmniejszając prowadzenie rywali do 18 punktów.

Końcowe minuty meczu były już właściwie formalnością, a rozluźnieni gracze MoraBancu wbijali kolejne gwoździe do trumny Śląska. Hannah trafił za trzy, Morgan wsadził z góry w kontrze, a Diagne popisał się potężnym dunkiem z faulem. Trójkolorowi nie potrafili znaleźć odpowiedzi i wydawali się być pogodzeni z porażką. Akcję 2+1 zaliczył jeszcze Pauli, w kontrze oraz z półdystansu trafił Colom. Humor wrocławian wsadem poprawił Meiers, ale był to ostatni pozytywny akcent Śląska w tym meczu. Łatwe punkty na koniec zdobyli Morgan i Colom, ustalając wynik na 99:65 dla MoraBanc Andorra.

Przewaga naszych rywali była widoczna niemal w każdym elemencie gry. MoraBanc Andorra trafił aż 63% rzutów za dwa i 50% za trzy punkty (odpowiednio 42% i 30% w przypadku Śląska). Gospodarze wyraźnie wygrali zbiórkę (43-31), rozdali o 7 asyst więcej i nie pozostawili wątpliwości, kto tego wieczora był lepszą drużyną. W zespole Śląska najwięcej punktów (16) zdobył Travis Trice, który dołożył do tego 6 asyst. Wśród rywali punktowało aż 10 zawodników, a na wyróżnienie zasłużył Clevin Hannah (20 oczek).

– Bardzo dobrze zaczęliśmy mecz, ale energii starczyło nam tylko na kilka minut. Za nami bardzo trudny okres wypełniony spotkaniami i podróżami. Ponadto dziś graliśmy z tylko jednym doświadczonym rozgrywającym. Mamy więc sporo problemów, a Andora to wystarczająco dobry zespół, by je wykorzystać. Nie mogę powiedzieć, że się nie staraliśmy, ale gołym okiem było widać brak sił w moim zespole. Z tego wynikały złe decyzje i dlatego wynik wygląda tak, jak wygląda – mówił po meczu trener Śląska, Andrej Urlep.

Wszystko, co dobre, kiedyś się kończy i tak samo skończyć kiedyś musiała się seria zwycięstw Trójkolorowych. Końcowy wynik meczu w Andorze z pewnością nie napawa optymizmem, ale pamiętać trzeba o zaledwie dniu przerwy i długiej podróży po trudnym starciu w Dąbrowie Górniczej. Mamy nadzieję, że Trójkolorowi zdołają nieco odpocząć przed kolejnym wyzwaniem – walce o Suzuki Puchar Polski, która rozpocznie się już w piątek. W ćwierćfinale Trójkolorowi zmierzą się o 20:40 z Grupa Sierleccy Czarnymi Słupsk.

WKS Śląsk Wrocław zaliczył udany powrót do Hali Orbita. Trójkolorowi wygrali z Kingiem Szczecin 85:74 i tym samym odnieśli swoje czwarte zwycięstwo z rzędu. Rywale przez niemalże większość spotkania nie odstępowali gospodarzy nawet na krok, ale Trice i spółka w imponujący sposób udowodnili swoją koszykarską klasę.

Śląsk Wrocław do meczu z Kingiem Szczecin przystępował w wyśmienitej formie. Trzy zwycięstwa z rzędu w Hali Stulecia mocno podniosły morale i oczekiwania, przez co Trójkolorowi byli wskazywani na zdecydowanych faworytów. Po pięknej przygodzie na legendarnym obiekcie wrocławianie wracali do Hali Orbita z nadziejami na kolejny udany występ. Trener Andrej Urlep po raz kolejny zdecydował się nie zmieniać wyjściowego składu. Na parkiecie od pierwszej minuty wystąpili Travis Trice, Kodi Justice, Ivan Ramljak, Aleksander Dziewa oraz Martins Meiers.

King Szczecin do spotkania ze Śląskiem przystępował w roli underdoga, ale od początku udowadniał, że nie odpuści choćby przez chwilę. Po rzucie Dorsey-Walkera szczecinianie wyszli na prowadzenie i narzucili naprawdę wysokie tempo. Śląsk natomiast po niemalże trzech minutach grania jedyne punkty zdobył dzięki rzutom wolnym. Dwukrotnie trafił Travis Trice, ale jakiś czas później Ivan Ramljak zmarnował obie próby. King wykorzystywał niefrasobliwość Trójkolorowych w rozegraniu oraz przy rzutach i po czterech minutach prowadził już 9:3.

Na pierwsze punkty z gry gospodarzy musieliśmy czekać aż do połowy kwarty. Za trzy trafił Kodi Justice, potem szybko King zrewanżował się tym samym, ale tę wymianę na korzyść Śląska wygrał Trice. Trójkolorowym nie szła gra pod koszem, więc zaczęli rzucać zza łuku i to ze świetnym skutkiem. Dzięki temu udało się odrobić część strat i “wrócić do meczu”. Po przerwie na żądanie również gra defensywna zaczęła wyglądać zdecydowanie lepiej. Rywale źle podawali i rzucali z nieprzygotowanych pozycji. Ostatecznie pierwsza kwarta zakończyła się wynikiem 23:21 dla Śląska za sprawą buzzer-beatera Ramljaka.

Drugą ćwiartkę zaczęliśmy od trzech trafionych wolnych Szymona Tomczaka oraz pięknego fadeaway’a Trice’a. Śląsk prowadził już pięcioma punktami, a King po ponad minucie gry miał aż trzy faule na koncie. Tradycyjnie bardzo dobre zawody rozgrywał wcześniej wspomniany Travis Trice. Nasz amerykański rozgrywający oprócz skuteczności rzutowej był świetnym kreatorem i swoimi podaniami otwierał przestrzeń kolegom do prostych punktów. Również na pochwałę zasługuje Tomczak. Nasz środkowy po raz kolejny zostawiał serce na parkiecie, ale oprócz tego sporo punktował i stawiał bardzo dobre zasłony.

Śląsk i King cały czas szli “łeb w łeb”, ale będący piekielnie skuteczny Justice trafił swoją trzecią trójkę w trzeciej próbie i powiększył prowadzenie Trójkolorowych do sześciu oczek. Mimo to cały czas byliśmy świadkami naprawdę zażartej walki. Goście nie odpuszczali i nie pozwalali na wyśrubowanie przewagi Śląskowi. Kiepski moment miał Aleksander Dziewa, MVP ubiegłego tygodnia w PLK. 24-latek miał spore kłopoty pod koszem, nie potrafił się ustawić na czystej pozycji i z gry nie trafił ani jednego rzutu. Jednak to nie przeszkodziło Trójkolorowym, którzy na przerwę schodzili, prowadząc 41:38.

Pierwsze punkty dla Śląska w drugiej połowie rzucił nie kto inny, jak Travis Trice, i wyprowadził tym samym gospodarzy na pięciopunktowe prowadzenie. Niestety, lecz później do naszego zespołu wkradła się dekoncentracja i w mgnieniu oka King Szczecin zmienił wynik na swoją korzyść. Byliśmy niechlujni w rozegraniu, a nasi rywale karcili nas zabójczo skutecznymi kontratakami. Znów sporo w naszej grze odmieniło wejście Szymona Tomczaka. Środkowy pokazał kawał dobrej gry w defensywie, a jego punkty znowu dały Śląskowi chwilę oddechu. Później udało się utrzymywać prowadzenie, między innymi dzięki świetnemu podaniu Trice’a, które będący w powietrzu Ramljak wzorcowo sfinalizował.

Niemniej King cały czas stawiał bardzo trudne warunki. Matczak ładnym rzutem za trzy zmniejszył stratę, ale już chwilę później nasza amerykańska gwiazda odpowiedziała tym samym. Przed meczem mówiono o rywalizacji Tomczak-Langevine, ale prawdziwą walkę i zadziorność na parkiecie pokazali właśnie obaj rozgrywający. Ich indywidualne starcia oglądało się z wielką przyjemnością, lecz co najważniejsze – w większości takich sytuacji to właśnie Trice był górą. W końcówce kwarty udało się nieco powiększyć prowadzenie i przed ostatnimi dziesięcioma minutami WKS Śląsk Wrocław wygrywał 64:54.

Na początku ostatniej kwarty King Szczecin dwukrotnie ukąsił nas rzutami na trzy i przewaga zaczęła powoli topnieć. Całe szczęście, że w takich momentach mamy Travisa Trice’a. Amerykański rozgrywający z akcji na akcję udowadniał, że jest najlepszym zawodnikiem na parkiecie i swoją firmową akcją powiększył nasze prowadzenie. Niemniej jednak King cały czas napierał, więc przerwą na żądanie postanowił zareagować Andrej Urlep. Najwidoczniej ta nie przyniosła zamierzonego efektu, gdyż King przegrywał już tylko trzema punktami. W tej trudnej chwili Trice’a wyręczył Ramljak, który najpierw zaliczył świetny wjazd pod kosz, a chwilę później asystę przy rzucie za trzy Jakuba Karolaka. W 30 sekund z +3 zrobiło się +8.

Wcześniej wspomniany Karolak dwie akcje później powalczył pod koszem w sytuacji teoretycznie beznadziejnej i zdobył kolejne bardzo ważne punkty. Ważne, bo szczecinianie non stop byli groźni i chwila gorszej dyspozycji mogła doprowadzić do katastrofy. Jednak na dwie minuty przed końcem sytuacja wydawała się być w końcu opanowana. Śląsk dalej prowadził ośmioma oczkami, Hala Orbita szalała śpiewając „Cała Polska w cieniu Śląska”, a Trice zdobył kolejne niesamowite punkty. Trójkolorowi ostatecznie wygrali z Kingiem Szczecin 85:74 i odnieśli swoje czwarte zwycięstwo z rzędu!

Trzeba oddać naszym rywalom, że walczyli do samego końca. King Szczecin postawił naprawdę trudne warunku i Śląsk musiał zagrać swoją najlepszą koszykówkę, by zwyciężyć. Po raz kolejny nie byłoby to możliwe bez Travisa Trice’a, który tego dnia zaliczył imponujące double-double – 25 punktów oraz 10 asyst. Równie wielki wkład w zwycięstwo miał Szymon Tomczak, który jako rezerwowy uzbierał 14 punktów na skuteczności 83% (5/6) oraz zebrał 7 piłek. Na wyróżnienie zasługuje też Kodi Justice. Amerykański rzucający skończył mecz z 14 oczkami i aż czterema trafionymi trójkami. Słabiej niestety zaprezentował się Aleksander Dziewa. MVP zeszłego tygodnia miał spore problemy i rzucił tylko jeden punkt. Niemniej jednak drużynie należą się gratulacje, gdyż wygrana mimo kiepskiej formy kluczowego gracza to naprawdę duża sprawa.

– Wiedzieliśmy, że to będzie mecz walki i tak też się stało. Mamy poobijane kolana, łokcie i inne części ciała, bo musieliśmy dać dziś z siebie wszystko, szczególnie walcząc w defensywie. Muszę też pochwalić jednego ze swoich kolegów, Szymona Tomczaka. Jego energia z ławki odmieniła dzisiejszy mecz. Sposób, w jaki walczy podczas każdej sekundy swojego pobytu na parkiecie, znaczy bardzo wiele dla całej drużyny. To daje nam energię, by dalej dawać z siebie 100%. To niesamowite oglądać jego grę i być z nim w jednej drużynie – powiedział po meczu Kodi Justice.

Na następne emocje związane z występami naszej drużyny będziemy musieli czekać do 13 lutego. Środowe spotkanie z Lokomotiwem Kubań zostało bowiem odwołane ze względu na zarażenia wirusem COVID-19 w zespole rywala. Z kolei w niedzielę Trójkolorowi zagrają na wyjeździe z MKS-em Dąbrowa Górnicza w kolejnej kolejce Energa Basket Ligi. Na wrocławskie parkiety wrócimy zaś dopiero w marcu, kiedy ponownie wystąpimy w Hali Stulecia.





Po udanych spotkaniach w końcu możemy powiedzieć, że Hala Stulecia została odczarowana. Zwycięstwa z Czarnymi oraz Stalą mocno poprawiły morale Trójkolorowych, którzy z wielką nadzieją przystąpili do walki o drugi triumf w 7DAYS Euro Cup. Trener Andrej Urlep chyba wychodzi z założenia, iż wygranego składu się nie zmienia, gdyż w pierwszej piątce wystąpili ci sami zawodnicy, co ostatnio. Od pierwszej syreny na parkiecie pojawili się Travis Trice, Kodi Justice, Ivan Ramljak, Aleksander Dziewa oraz Martins Meiers. Bilans Śląska w europejskich pucharach wynosił przed startem 1-9, więc dwa oczka były potrzebne jak tlen. 

Pierwsze akcje nie rozpieszczały kibiców, gdyż obie drużyny pudłowały na potęgę. Nieskuteczność po niecałych dwóch minutach przełamał Meiers i otworzył wynik spotkania na korzyść wrocławian. Mimo początkowych problemów Śląsk zaczął prezentować przyzwoity europejski poziom. Travis Trice brak celności nadrabiał świetnymi podaniami, przytomnie pod koszem grali Ramljak z Meiersem, a Kodi Justice dał pokaz umiejętności rzutowych. Dzięki temu do pierwszej przerwy na żądanie Trójkolorowi prowadzili 14:5.

W defensywie wyglądało to równie dobrze. Podkoszowi nie pozwalali dobrze zbudowanym rywalom na penetracje i dzięki twardej obronie zmuszali ich do trudnych i nieprzygotowanych rzutów. Obwodowi też nie odstawali. Trice w jednej akcji przytomnie odebrał piłkę, którą szybko rzucił w kierunku Ramljaka, a ten efektownym wsadem powiększył nasze prowadzenie. WKS Śląsk Wrocław w pierwszej kwarcie pokazał kawał fantastycznej koszykówki i schodził na time-out, prowadząc z Turk Telekom Ankara aż 26:11.

Początek drugiej kwarty był niemalże identyczny, jak pierwszej. Obie drużyny popełniały proste błędy w rozegraniu, pudłowały większość rzutów i nie miały zbyt wielu kreatywnych pomysłów na konstruowanie akcji. Taki stan gry utrzymywał się przez prawie cztery minuty. Mimo tego udawało się dochodzić do pozycji rzutowych, w których zespół z Turcji musiał faulować. Kerem Kanter wykorzystał każdą z czterech prób na linii rzutów wolnych, ale wciąż brakowało nam skuteczności z gry. To w końcu musiało mieć swoje konsekwencje. Telekom Turk Ankara wciąż nie grał wybitnie, ale potrafił wykorzystać nasze błędy i przewaga stopniała do ledwie ośmiu punktów.

Na punkty z gry musieliśmy czekać niemal sześć minut. Wtedy właśnie odpowiedzialność na siebie wziął Trice i pięknym floaterem przełamał naszą nieskuteczność. Jednak trzeba zaznaczyć, że mieliśmy też sporego pecha. Kodi Justice oddał bardzo dobry rzut zza łuku, a piłka niczym zaczarowana zatańczyła na obręczy i ostatecznie wypadła z kosza. Można powiedzieć, że Śląskowi trochę się upiekło – kiepska dyspozycja w drugiej kwarcie mogła spowodować utratę całej ciężko wypracowanej przewagi, ale koniec końców Trójkolorowi przed trzecią ćwiartką prowadzili 42:32.

Śląsk rozpoczął drugą połowę w całkiem niezłym stylu. Najpierw bardzo trudny rzut trafił Justice, a chwilę później Aleksander Dziewa skutecznie rzucił zza łuku. Jednak na największe uznanie zasługuje akcja, w której Trice świetnie odnalazł Ramljaka, a ten mimo faulu trafił do kosza. Wrocławianie po trzech minutach prowadzili 49:38. Niestety w pewnym momencie Turk Telekom zaczął się rozkręcać i nawet piękny pump-fake w wykonaniu Trice’a nie dał dużo. Przewaga powoli topniała i byliśmy świadkami klasycznego już trudnego momentu w trzeciej kwarcie.

Całe szczęście, że w takich chwilach mamy Olka Dziewę. 24-latek w fenomenalny sposób zablokował swojego rywala, a cała Hala Stulecia oszalała. Kolejną fantastyczną akcją popisał się później Travis Trice. Nasz lider rozegrania mimo asekuracji trzech rywali wykonał perfekcyjnego fadeaway’a i podwyższył prowadzenie Śląska. Ponownie trzeba zaznaczyć także wkład Szymona Tomczaka w grę zespołu. Lider zespołu rezerw po raz kolejny udowodnił, iż może być wartością dodaną dla pierwszej drużyny. Świetne ustawiał się pod koszem, robił dobre zasłony i był niezwykle waleczny. Jego praca na każdym centymetrze parkietu pomogła Śląskowi i dzięki temu prowadziliśmy 59:50.

W czwartej kwarcie punktowanie rozpoczął nie kto inny, jak Tomczak. Nasz środkowy bardzo dobrze sfinalizował swoją akcję i został nawet sfaulowany, lecz niestety nie zdołał trafić rzutu wolnego. Niemniej to nie był dobry moment naszej drużyny. Gdy rywale z Turcji sfinalizowali akcję i tracili tylko pięć punktów, byliśmy świadomi, że może czekać nas walka o zwycięstwo do ostatniej syreny. Tutaj po raz kolejny mieliśmy okazję doświadczyć zimnej krwi Trice’a. Amerykański rozgrywający ponownie świetnie rzucił z półdystansu w bardzo trudnej sytuacji.

Na duże brawa zasługuje również postawa Kerema Kantera. Turek walczył pod koszem niczym lew i dał duży impuls całemu zespołowi. Dzięki temu wszystkiemu Śląsk na pięć minut przed końcem prowadził aż czternastoma punktami. W samej końcówce spotkania szansę dostali Jan Wójcik oraz Kacper Marchewka, których znamy z występów w drużynie rezerw. WKS Śląsk Wrocław już do końca kontrolował tempo spotkania i wygrał z Turk Telekom Ankara 80:67! To drugie zwycięstwo Trójkolorowych w 7DAYS Euro Cup!

Śląsk zagrał jedno ze swoich najlepszych spotkań podczas całej europejskiej kampanii. Znowu na wysokości zadania stanął Travis Trice, który rzucił 20 punktów przy skuteczności 75% (tylko na początku dwa razy spudłował). Do tego dołożył 8 asyst, co świadczy, iż drużyna z nim na parkiecie gra zdecydowanie lepiej. Na wyróżnienie zasługuje też Ivan Ramljak. Nasz skrzydłowy rzucił 12 punktów i zebrał 7 piłek, ale co najważniejsze – w kluczowych momentach pokazywał pełnię swojego potencjału. Kolejne double-double zanotował Kerem Kanter, który zapisał na swoim koncie 13 punktów i 11 zbiórek.

– Gratulacje i podziękowania dla moich zawodników za ich zaangażowanie i zespołowość na parkiecie. Uważam, że to był klucz do dzisiejszego wielkiego zwycięstwa. To była kolejna ciężka przeprawa w krótkim czasie. Szymon Tomczak zagrał świetny mecz ze Stalą i przeciwko Turkom także był bardzo solidny. Podobnie jak Kacper Gordon, który dał odpoczynek Travisowi Trice’owi, wypełniając swoją rolę w drużynie – komentował mecz i występ młodych zawodników Andrej Urlep.

Tymczasowo żegnamy się z Halą Stulecia i żegnamy się w pięknym stylu. Trzy zwycięstwa, wspaniała atmosfera i przede wszystkim coraz lepsza gra naszej drużyny, która pozwala nam z optymizmem patrzeć w przyszłość. Rozbrat z areną przy ulicy Wystawowej nie oznacza, że to koniec emocji. Już w niedzielę w Hali Orbita o 17:30 zmierzymy się z King Szczecin w walce o cenne ligowe punkty. Liczymy na wasze wsparcie i kolejne zwycięstwo przed serią wyjazdów! Bilety kupicie w serwisie Abilet.pl oraz na naszej stronie internetowej w zakładce „KUP BILET”.









Hala Stulecia odczarowana na dobre! WKS Śląsk Wrocław po emocjonującym meczu pokonał mistrza Polski, Arged BM Stal Ostrów Wielkopolski 79:69 i odniósł swoje drugie zwycięstwo z rzędu w Energa Basket Lidze. Zespół z Wrocławia przełamał trudny moment i udowodnił swoją wartość, a do zwycięstwa poniosła go także wspaniała atmosfera w Hali przy ulicy Wystawowej.

Do niedzielnego spotkania ze Stalą Śląsk przystępował po pierwszym od 17 lat zwycięstwie w Hali Stulecia. Trójkolorowi w piątek nie dali większych szans Czarnym Słupsk i odczarowali obiekt przy ulicy Wystawowej. W meczu z mistrzem Polski pierwsza piątka przedstawiała się identycznie, co w piątkowym starciu, choć mieli tylko dzień przerwy pomiędzy spotkaniami. Od pierwszej akcji na parkiecie pojawili się Travis Trice, Kodi Justice, Ivan Ramljak, Aleksander Dziewa i Martins Meiers.

W pierwszej kwarcie Śląsk był bardzo nerwowy. Naszej drużynie brakowało spokoju, a goście niesieni przez doping swoich kibiców zaczęli zdobywać punkty. Po kilku próbach pierwsze oczka dla Trójkolorowych rzucił Kodi Justice, lecz mimo to początkowe minuty należały do mistrza Polski. Przyzwyczailiśmy się już, iż w trudnych momentach zawsze na wysokości zadania staje Travis Trice. Nasz rozgrywający najpierw rzucił piękną trójkę, a kilka akcji później wykreował fantastyczną okazję, którą skutecznie wykończył Aleksander Dziewa. To pozwoliło objąć nam pierwsze prowadzenie w meczu. Niestety goście nie pozwolili nam się długo nim pocieszyć. Dwa skuteczne rzuty zza łuku i Śląsk znowu musiał zabierać się do odrabiania strat. Duża bezradność na każdym centymetrze parkietu spowodowała, że wrocławianie schodzili na time-out przegrywając 17:26.

Wartym odnotowania jest to, iż rzucanie w drugiej kwarcie rozpoczął Szymon Tomczak. Wielki filar TBS-u Śląska II Wrocław dostał swoją szansę w pierwszej drużynie i zaprezentował się co najmniej przyzwoicie, a nawet bardzo dobrze. Mimo zastrzyku świeżej energii Śląsk wciąż miał spore kłopoty i Stal trzymała spokojny dystans. Głównym problemem było sfinalizowanie akcji w przepisowych 24 sekundach. Stal w obronie grała wybornie, a rozgrywający nie mieli szans na penetrujące podania. Naszą niemoc przełamał w końcu Jakub Karolak skutecznym rzutem za trzy. Jednak jedna jaskółka wiosny nie czyni. WKS Śląsk Wrocław przez dużą część drugiej kwarty grał na bardzo słabej skuteczności. W naprawdę trudnej chwili efektownym wsadem popisał się jednak Olek Dziewa. To dało impuls i Śląsk w końcu zaczął grać na swoim poziomie. Dzięki fenomenalnej akcji Trice’a i wykończeniu Ramljaka na 0.2 sekundy przed końcem przerwy wyrównaliśmy stan gry na 38:38!

Na początek drugiej połowy szybko wyszliśmy na prowadzenie za sprawą Kantera, a już chwilę później Karolak wzorcowo sfinalizował kontrę. Zazwyczaj Śląsk miał spore kłopoty w trzecich kwartach, ale tym razem zapowiadało się, że uda nam się przełamać tę klątwę. Co najważniejsze – Trójkolorowi w końcu zaczęli dobrze przesuwać się w obronie i przez to Stal miała problem z dochodzeniem do pozycji rzutowych. To jednak nie oznaczało, iż mistrzowie kraju odpuszczą. Po chwilowej dekoncentracji ponownie zaczęli pracować i trafiać rzuty. Mimo wszystko to Śląsk stopniowo przejmował kontrolę, a w pewnym momencie nasza przewaga wynosiła już 10 oczek. Na dużą pochwałę zasługuje Kerem Kanter. Nasz rezerwowy swoim wejściem znacznie usprawnił poczynania całego zespołu zarówno w ofensywie, jak i w defensywie. Fantastyczna wręcz dyspozycja naszych koszykarzy w końcówce 3Q zapewniła nam pewne prowadzenie 59:46.

Czwarta kwarta rozpoczęła się w bardzo niepokojącym stylu. W przeciągu 80 sekund Arged BM Stal Ostrów Wielkopolski trafiła dwa rzuty zza łuku i nasza przewaga stopniała tylko do siedmiu oczek. Kolejny trudny moment zażegnał Dziewa kolejny fantastycznym wsadem. Niestety dekoncentracja w pierwszych minutach spowodowała, iż Śląsk musiał jeszcze drżeć o wynik. To jednak w żaden sposób nie przestraszyło naszych koszykarzy, co pokazał piękny rzut za trzy Ramljaka na równo z syreną. Ponownie fantastycznie wejście na parkiet zaliczył Kerem Kanter, gdyż dzięki niemu Śląsk wrócił na dwucyfrowe prowadzenie. Turecki skrzydłowy był tego dnia nie do powstrzymania. Nie sposób też nie wspomnieć o monumentalnej akcji w defensywie Tomczaka. 24-latek stanął na drodze do wsadu rywalowi i zaliczył zdecydowanie najpiękniejszy blok tego wieczoru. W pewnym momencie Trójkolorowym wychodziło wszystko. Pick and rolle, rzuty za trzy, defensywa, widowiskowe podania – można powiedzieć, że mieliśmy moment rodem z NBA. Śląsk Wrocław po meczu pełnym emocji ogrywa Stal Ostrów Wielkopolski 79:69!

W pierwszej połowie było naprawdę gorąco i chwilami wydawało się, że straty mogą być trudne do odrobienia, ale nic z tych rzeczy. Zespół po przerwie pokazał charakter, przełamał słabe momenty i potrafił wykorzystać wiele doskonałych szans na zdobycie punktów. Jednym z kluczy do zwycięstwa była dominacja na tablicach – Trójkolorowi zaliczyli aż 53 zbiórki, z czego 20 w ataku. W obu przypadkach to rekordy obecnego sezonu Energa Basket Ligi! Oba zespoły rzucały z podobną skutecznością, ale to właśnie ponowienia w ataku pozwoliły WKS-owi wykreować kilkanaście pozycji rzutowych więcej, co zaważyło na końcowym rezultacie. Choć cała drużyna spisała się znakomicie, wyróżnić na pewno należy kilku zawodników. Kerem Kanter zaliczył jeden z najlepszych meczów w sezonie i zanotował double-double (19 punktów, 11 zbiórek), a Ivan Ramljak był bliski tego samego wyczynu (9 punktów, 9 zbiórek, 5 asyst). Cichym bohaterem meczu był jednak niespodziewanie Szymon Tomczak, który w 18 minut osiągnął 6 punktów, 7 zbiórek, 3 asysty, 2 przechwyty i blok!

– Wielkie brawa dla moich zawodników, którzy po meczu w piątek już w niedzielę zagrali z taką energią. Tym bardziej, że z kwarty na kwartę prezentowaliśmy się coraz lepiej. Zagraliśmy naprawdę świetnie w obronie i nie mieliśmy słabszego momentu, jak przeciwko Czarnym. Wykonaliśmy bardzo dobrą pracę na tablicach, o czym świadczą rekordy zbiórek i zbiórek w ataku. Jeszcze raz ogromne gratulacje dla koszykarzy, którzy zostawili dziś na parkiecie swoje ostatnie siły – komentował na pomeczowej konferencji prasowej trener Śląska Wrocław, Andrej Urlep.

Następne emocje w Hali Stulecia już w najbliższą środę – o 20:00 Śląsk podejmie Turk Telekom w ramach 7DAYS EuroCup. Z kolei w niedzielę kolejny ligowy mecz na własnym parkiecie, ale tym razem pod innym adresem – w Hali Orbita o 17:30 zagramy z Kingiem Szczecin. Bilety kupicie w serwisie Abilet.pl oraz na naszej stronie internetowej w zakładce „KUP BILET”. Po takim widowisku nie pozostaje nam nic innego, jak liczyć na kolejne zwycięstwa i utrzymanie formy naszego zespołu!







Nareszcie! WKS Śląsk Wrocław po 17 latach i powrocie do Hali Stulecia w końcu wygrywa przy ulicy Wystawowej. I to od razu w bardzo dobrym stylu i z nie byle kim. Zespół Andreja Urlepa pokonał 96:84 wicelidera tabeli i rewelację rozgrywek, Grupa Sierleccy Czarnych Słupsk, kontrolując wynik spotkania przez niemal cały mecz.

Do piątkowego starcia z Czarnymi Słupsk wrocławianie przystępowali w niemalże identycznym zestawieniu, co do pucharowego meczu z Paryżem. W składzie zaszła tylko jedna zmiana, w miejsce Kacpra Gordona pojawił się – po raz pierwszy w sezonie – Igor Kozłowski. Śląsk tego wieczora miał za zadanie przede wszystkim przerwać serię porażek i, co ważniejsze, wygrać po raz pierwszy w Hali Stulecia. Gospodarze rozpoczęli mecz w następującym zestawieniu: Travis Trice, Kodi Justice, Ivan Ramljak, Aleksander Dziewa oraz Martins Meiers. Wyjściowa piątka Czarnych to z kolei Marek Klassen, Billy Garrett, Marcus Lewis, Beau Beech oraz Kalif Young.

Trójkolorowi rozpoczęli mecz od bardzo cierpliwej akcji i wypracowanej pozycji dla Justice’a, który otworzył wynik spotkania rzutem zza łuku. Chwilę później pozostawiony sam sobie Ramljak z praktycznie tej samej „klepki” ponownie rzucił za trzy i Śląsk prowadził 6:0. Pierwsze dwie minuty były piorunujące, jeśli chodzi o rzuty z dystansu Wojskowych, bo chwilę później trafił jeszcze Dziewa. Na trzy celne rzuty WKS-u trzema „oczkami” odpowiedzieli goście ze Słupska. Festiwal strzelecki trwał w najlepsze, a kapitalny początek Śląska akcją pod koszem zwieńczył Dziewa i było aż 16:5 dla gospodarzy.

Trener słupszczan Mantas Cesnauskis zmuszony był poprosić o czas. Po nim niewiele zmieniło się w wyniku, natomiast tempo zdobywania punktów ewidentnie spadło. Po dłuższym okresie posuchy „oczka” spod kosza dołożył dla wrocławian Meiers i było 22:12. Ostatnim akcentem ofensywnym pierwszej kwarty był pojedynek Trice’a z Musiałem. Najpierw wychowanek WKS-u trafił zza łuku, a chwilę później tym samym odpowiedział Amerykanin, zdobywając 28., 29. i 30. punkt dla Śląska. Pierwsza ćwiartka zakończyła się bezpiecznym prowadzeniem Trójkolorowych 30:19.

Wojskowi równie dobrze weszli w drugie 10 minut. Początek stał pod znakiem efektownego wsadu Cyrila Langevine’a oraz dwóch celnych trójek z rzędu Łukasza Kolendy, po których Śląsk prowadził już niemalże różnicą 20 „oczek” (44:25). Pierwsze 15 minut w wykonaniu WKS-u było kapitalne zarówno ofensywnie, jak i w obronie, a tak dobry balans mógł się podobać wrocławskiej publiczności w Hali Stulecia. Momentami słupszczanie byli wręcz bezradni, raz po raz bijąc głową w mur. WKS-owi natomiast wychodziło wszystko, nawet rzut z półdystansu od tablicy w wykonaniu Cyrila.

Na 3 minuty przed końcem pierwszej połowy gospodarze prowadzili 46:29 i wówczas do gry włączył się Jakub Karolak, który po szybkim ataku trafił z dystansu. Przy stanie 49:31 Cesnauskis poprosił o czas dla Czarnych. Po przerwie Trice znowu dał o sobie znać, zakręcił obrońcą i celnie rzucił z półdystansu – wrocławianie prowadzili szesnastoma punktami, a Travis miał na swoim koncie już 15 „oczek”. Pierwszą połowę meczu zakończył jeden skuteczny rzut wolny Younga, ale ostatecznie to gospodarze wygrywali bardzo pewnie 51:36.

Słupszczanie po przerwie wyszli niesamowicie zmotywowani, co pozwoliło im nadrobić kilka punktów. Goście grali bardzo dobrze w tranzycji, co pozwoliło im dochodzić do łatwych pozycji i zdobywać sporo punktów spod kosza, nieraz bardzo efektownie. Śląsk jednak po trzech pierwszych słabszych minutach znowu złapał dobry rytm i ponownie odskoczył, a po trudnym, ale skutecznym rzucie zza łuku Justice’a Śląsk ponownie miał aż 19 „oczek” przewagi (65:46).

W ekipie Trójkolorowych swój koncert kontynuował duet Trice-Kolenda, który w sumie miał na swoim koncie już 31 punktów. W końcówce trzeciej kwarty przewaga Wojskowych zaczęła jednak niebezpiecznie topnieć, co słupszczanie próbowali wykorzystać i na niespełna minutę przed końcem 3Q przegrywali już tylko 59:70. Skutecznie wyegzekwowane rzuty wolne przez Kerema Kantera ustaliły wynik po 30 minutach na 72:59.

Ostatnia ćwiartka rozpoczęła się dobrze dla WKS-u – do gry na dobre włączył się Kanter, który dołożył kolejne „oczka” i bardzo efektownie zablokował pod własnym koszem Klassena. Czarni jednak słyną z bardzo mocnego charakteru i walki do końca, co można było również zauważyć podczas piątkowego wieczora w mekce wrocławskiej koszykówki. Na nieco ponad 7 minut przed końcem Trójkolorowi wciąż prowadzili (79:67), ale gościom ponownie udało się nadrobić kilka punktów i trener Cesnauskis poprosił o czas, żeby jeszcze bardziej wstrząsnąć swoim zespołem. Szkoleniowcowi słupszczan udało się to zrobić wręcz wyśmienicie, bo jego zawodnicy dostali „nowe życie” i momentalnie nadgonili rezultat do zaledwie 7 punktów (72:79). Śląsk tak niskiej przewagi nie miał od pierwszej kwarty, co zapowiadało niesamowite emocje w końcówce. W kolejnych minutach pogoń Czarnych trwała w najlepsze, a po rzutach wolnych Beecha WKS miał już tylko +7 (82:75), a do końca meczu pozostawały 4 minuty.

Przestój w zdobywaniu punktów przez Wojskowych przerwał jeden z liderów – Olek Dziewa – który trafił zza łuku i dał drużynie odrobinę oddechu. Reprezentant Polski miał okazję podwyższyć prowadzenie wrocławian, ale zgubił piłkę pod koszem, co bezlitośnie wykorzystali przyjezdni – Garrett trafił dwa rzuty wolne i na 1:36 przed końcem tego arcyciekawego starcia było 87:81. Po przerwie dla trenera Andreja Urlepa kapitalną końcówkę zagrał Ramljak: najpierw popisał się akcją 2+1, a chwilę później trafił zza łuku i na niespełna 8 sekund do końca WKS prowadził 93:84. Szkoleniowiec gospodarzy wykorzystał jeszcze jedną przerwę. Ekspresową akcję rozegrali z boku Trójkolorowi i Trice dobił Czarnych rzutem zza łuku, przy okazji poprawiając swój dorobek indywidualny na 22 zdobyte punkty. Ostatecznie WKS przełamuje się w Hali Stulecia i ogrywa Czarnych 96:84!

Na pewno cieszy, że Śląsk wreszcie zagrał cztery równe kwarty. Słabszy fragment w ataku udawało się nadrabiać dobrą defensywą i odwrotnie, co sprawiało, że przez całe 40 minut utrzymywaliśmy bezpieczną przewagę. Co prawda ostatnie 10 minut było nieco nerwowe, ale koniec końców goście ani na moment nie zagrozili prowadzeniu WKS-u. Warto zwrócić także uwagę na kapitalną skuteczność Śląska zza łuku – aż 65% (15/23) trafionych trójek to doprawdy znakomity wynik, drugi najlepszy w tym sezonie Energa Basket Ligi. Na indywidualne wyróżnienia zasłużyli w szczególności Ivan Ramljak (18 punktów, 3/4 zza łuku, 9 zbiórek) i Travis Trice (22 punkty, 4/4 zza łuku, 7 asyst). Wśród przyjezdnych najskuteczniejszy był Anthony Marcus Lewis (23 punkty).

– Podeszliśmy do meczu z odpowiednią energią i zagraliśmy rewelacyjną pierwszą połowę. Wiedzieliśmy jednak, że Czarni to bardzo dobry zespół i zagrają agresywnie po przerwie. Nasza odpowiedź nie była najlepsza, ale w decydujących momentach spotkania utrzymaliśmy dobrą defensywę. Jesteśmy bardzo zadowoleni, bo udało nam się wygrać z silnym przeciwnikiem sporą różnicą punktów – komentował na pomeczowej konferencji prasowej trener Śląska, Andrej Urlep.

Pierwsze po latach zwycięstwo w Hali Stulecia bardzo cieszy – daje nam ono nie tylko bardzo ważne dwa punkty w tabeli, ale także sporo ulgi i oddechu przed kolejnymi spotkaniami. A te już lada moment – po zaledwie dniu przerwy Śląsk w niedzielę (o 17:30) podejmie mistrza Polski, Arged BM Stal Ostrów Wielkopolski. Z kolei w środę o 20:00 zakończymy tydzień emocji w Hali Stulecia spotkaniem z tureckim Turk Telekom Ankara w ramach rozgrywek 7DAYS EuroCup. Liczymy na wasze wsparcie i kolejne zwycięstwa – bilety możecie kupić w serwisie Abilet.pl oraz na naszej stronie internetowej w zakładce „KUP BILET”.





Śląsk Wrocław przegrał z Boulogne Metropolitans 92 59:74 w 11. kolejce 7DAYS EuroCup. Trójkolorowi toczyli zacięty bój z liderem ligi francuskiej aż do trzeciej kwarty, w której paryżanie wykorzystywali wszystkie błędy Śląska. O końcowym wyniku przesądziła nieskuteczność gospodarzy, szczególnie przy rzutach z dystansu, gdzie wynosiła ona zaledwie 16%. Wojskowi nadal mają na swoim koncie zaledwie jedną wygraną w europejskich rozgrywkach.

Mecz z drużyną z Paryża miał być dla Śląska jedną z ostatnich szans na pozostanie w grze o play-offy. Trójkolorowi przed rozpoczęciem spotkania mieli zaledwie 10 punktów po dziewięciu meczach. Wygrana w Hali Stulecia zmniejszyłaby stratę do ósmego Hamburga do dwóch punktów; przeciwnik jednak nie był łatwy, bo paryżanie są obecnie najmocniejszą siłą ligi francuskiej. WKS wyszedł na parkiet w składzie Travis Trice, Kodi Justice, Ivan Ramljak, Aleksander Dziewa i Martins Meiers.

Śląsk świetnie rozpoczął spotkanie, wykorzystując wszystkie sytuacje na początku pierwszej kwarty. Po trafieniach Trice’a, Dziewy i Meiersa WKS wyszedł na prowadzenie 9:4. Stanowcza gra w defensywie, ale także nieskuteczność paryżan, pozwalały Trójkolorowym utrzymywać przewagę. Goście wykorzystali zaledwie jeden z czterech pierwszych rzutów wolnych, na co odpowiedział Dziewa, nie myląc się w tej samej sytuacji, podwyższając wynik na 13:5. Trener gości był zmuszony do poproszenia o przerwę, która dała oczekiwany skutek. Jego drużyna zmniejszyła stratę do dwóch punktów, ale na ich poczynania świetnie opowiedział Justice, wykorzystując wszystkie trzy rzuty wolne. Paryżanie jednak konsekwentnie punktowali i coraz lepiej grali w defensywie, aż w końcu doprowadzili do wyrównania. Zmusiło to Andreja Urlepa do poproszenia o przerwę, a po niej dla Śląska punktował już tylko Trice. Amerykanin wykorzystał cztery rzuty wolne, a pierwsza kwarta zakończyła się wynikiem 20:20.

Na początku drugiej partii po obu stronach dominowała nieskuteczność. Zdołał ją przerwać Kerem Kanter, a chwilę później jego wyczyn powtórzył Meiers. Następnie swoje pierwsze punkty zdobył Jakub Karolak, trafiając zza łuku. Trójkolorowi nie byli jednak w stanie uciec z wynikiem, aż w końcu goście wyszli na prowadzenie 30:29. Nie trwało ono jednak zbyt długo, ponieważ chwilę później przypomniał o sobie Dziewa w świetnej akcji pod koszem. Chwilę później podkoszowy Śląska popisał się znakomitą asystą, którą na punkty zamienił wsadem Ivan Ramljak. Wynik do przerwy ustalił Trice, a Trójkolorowi prowadzili 35:34.

Po wznowieniu gry obraz gry nie uległ oczekiwanej zmianie i wciąż dominowała nieskuteczność po obu stronach. Trójkolorowi do czasu odpierali ataki paryżan, ale nie byli w stanie wykorzystać swoich sytuacji. Przez to w ostatecznym rozrachunku goście wyszli na prowadzenie 43:39, a trener Urlep poprosił o przerwę. Po wznowieniu gry Wojskowi punktowali wyłącznie z rzutów wolnych, a to nie wystarczało do odrobienia strat. Goście otrzymywali wiele szans po kolejnych faulach Śląska i utrzymywali prowadzenie. Nadzieję przed ostatnią kwartą dał Kanter, wykorzystując swoją siłę pod koszem, tym samym ustalając wynik na 45:53 przed czwartą partią.

Trójkolorowi dobrze rozpoczęli końcowe 10 minut, głównie za sprawą Cyrila Langevine’a i Łukasza Kolendy. Rozgrywający, do wzorcowo wykonanych rzutów wolnych, dołożył trzecią w tym spotkaniu trójkę Śląska. Goście byli jednak w stanie odpowiedzieć na każde punkty gospodarzy i utrzymywali bezpieczną przewagę. Paryżanie zwiększyli tempo wraz z upływającym czasem, a najwięcej sukcesów przynosiły im rzuty z dystansu. Kolejne trafienia Davida Michineau doprowadziły do wyniku 74:56. Ostatnie słowo w spotkaniu należało do Kantera, który akcją „2+1” ustalił wynik spotkania na 59:74.

Trójkolorowi we wtorkowy wieczór zbyt często marnowali sytuacje rzutowe, przez co nie byli w stanie dotrzymać tempa paryżanom. Zaledwie 16% skuteczności z dystansu i 40% za dwa obrazuje problemy, z jakimi mierzyli się podopieczni Andreja Urlepa w tym spotkaniu. Goście w drugiej połowie wykorzystywali kolejne błędy Wojskowych i pozostawali skrupulatni w obronie. Najwięcej (11) punktów zdobył dla Śląska Travis Trice, a Kerem Kanter do 9 punktów dołożył aż 14 zbiórek.

– W pierwszej połowie spudłowaliśmy zbyt wiele łatwych lay-upów, a po przerwie nasza skuteczność jeszcze się pogorszyła. Włożyliśmy w to spotkanie bardzo dużo energii, wciąż wracamy do siebie po przypadkach koronawirusa w naszej drużynie. Mam nadzieję, że w kolejnych meczach będziemy wyglądać lepiej, poprawimy skutecznośc i uda nam się wygrać kilka starć w EuroCupie – komentował na pomeczowej konferencji prasowej trener Śląska, Andrej Urlep.

Śląsk po tym spotkaniu ma 11 punktów na koncie w tabeli grupy A, a do 8. miejsca traci 3 oczka. Kolejne spotkanie w ramach tych rozgrywek Trójkolorowi rozegrają 2 lutego, gdy do Wrocławia przyjedzie zespół Turk Telekom. Wcześniej w Hali Stulecia czekają nas jeszcze dwa hitowe spotkanie Energa Basket Ligi – w piątek o 20:00 zmierzymy się z Grupa Sierleccy Czarnymi Słupsk, a w niedzielę o 17:30 rozegramy zaległy mecz z Arged BM Stalą Ostrów Wielkopolski. Bądźcie z nami przy Wystawowej – bilety czekają na was w serwisie Abilet.pl i na naszej stronie internetowej w zakładce „KUP BILET”.









W meczu 10. kolejki 7DAYS EuroCup koszykarze Śląska Wrocław nie byli w stanie sprawić niespodzianki na Litwie. Lietkabelis Poniewież pewnie pokonał Trójkolorowych 88:65, kontrolując wynik przez całe spotkanie. Najskuteczniejszym zawodnikiem WKS-u ponownie był Kodi Justice (13 punktów).

Do Poniewieża Śląsk Wrocław przyjechał osłabiony brakiem przeziębionego Kerema Kantera. Trener Andrej Urlep od pierwszych minut postawił na następującą piątkę: Travis Trice, Łukasz Kolenda, Ivan Ramljak, Aleksander Dziewa i Martins Meiers.

W mecz zdecydowanie lepiej weszli gospodarze – Dovydas Giedraitis dobił własny rzut, Panagiotis Kalaitzakis trafił w kontrze, a Kaspars Berzins przymierzył zza łuku. Trójkolorowi z kolei byli bezradni w ataku i po niespełna trzech minutach przy stanie 0:7 wściekły trener Andrej Urlep poprosił o czas. Niemoc WKS-u przełamał akcją 2+1 w kontrze niezawodny Ramljak, ale trójkami błyskawicznie odpowiedzieli Kalaitzakis i Kristupas Zemaitis. Wydawało się, że grę Wojskowych może ożywić wejście z ławki Kodiego Justice’a, który trafił za trzy punkty. Chwilę później jednak Amerykanin musiał na kilka minut zejść z boiska po tym, jak jego głowa ucierpiała w podkoszowej walce.

Podopieczni Andreja Urlepa mieli w pierwszej kwarcie spory problem na własnej desce, pozwalając rywalom na kilka zbiórek w ataku. Po jednej z nich zbyt łatwe punkty zdobył Djordje Gagić. Po drugiej stronie parkietu z faulem trafił Dziewa, ale wciąż to Litwini grali pierwsze skrzypce. Karolis Giedraitis przymierzył z dystansu, a Vytenis Lipkevicius celnie rzucił w kontrze oraz zza łuku po własnym przechwycie. Końcówka pierwszej części gry nieco niespodziewanie należała jednak do Śląska. Najpierw tuż po wejściu z ławki za trzy trafił kapitan Michał Gabiński, a po chwili swoje punkty dołożyli Kolenda w kontrze oraz Jakub Karolak kolejnym rzutem zza łuku! Po 10 minutach WKS przegrywał 19:29, choć w pewnym momencie było nawet 9:25.

Dobrą passę z końcówki pierwszej kwarty udało się kontynuować na początku drugiej – ładnym wjazdem pod kosz popisał się Karolak, a z dystansu znów trafił Justice. Lipkevicius i Vasiliauskas szybko jednak uciszyli ławkę WKS-u dwiema celnymi trójkami. Chwilę później niezły fragment zaliczył Cyril Langevine – najpierw zablokował rywala w defensywie, a po chwili popisał się efektownym „plakatem” na Kalaitzakisie. Ten ostatni jednak chwilę później trafił spod kosza będąc faulowanym przez Dziewę i Lietkabelis ponownie odskoczył na odległość 12 punktów (40:28).

Ta przewaga jeszcze powiększyła się, gdy gorszy moment w ofensywie zaliczył Martins Meiers, co skrzętnie wykorzystali Kalaitzakis i Giedraitis, trafiając już ósmą i dziewiątą trójkę dla Lietkabelisu. Z kolei po niepotrzebnej stracie Śląska i łatwych punktach Vasiliauskasa było już 50:31 dla gospodarzy. Końcówka kwarty jednak znów należała do Trójkolorowych. Olek Dziewa trafił spod kosza i dwukrotnie z rzutów wolnych, a Karolak ponownie zakończył ćwiartkę celnym rzutem z dystansu. Po 20 minutach na tablicy widniał wynik 50:38 dla Lietkabelisu.

Początek drugiej połowy to niestety kontynuacja ofensywnych problemów Śląska – dopiero po ponad dwóch minutach zdobyliśmy pierwsze punkty za sprawą rzutu z dystansu Justice’a. Po drugiej stronie parkietu szalał Kalaitzakis, który najpierw celnie rzucił równo z syreną, a po chwili z narożnika boiska za trzy. Na domiar złego faulem technicznym został ukarany Ivan Ramljak. Chimeryczny Langevine z kolei raz gubił piłkę w ataku, by po chwili efektownie zablokować rywala w obronie. „Czapą” popisał się także Dziewa, który dołożył punkty z linii. Zawodnicy z Poniewieża wciąż jednak kontrolowali wynik spotkania – po tym, jak Gagić dwa razy przepchał pod koszem Cyrila, było już 60:43.

Wynik starał się „ciągnąć” Ramljak, który dwukrotnie trafił za dwa. Sytuacji Śląska nie poprawiły jednak dwa techniczne przewinienia ławki i kilka niecelnych prób z dystansu Kuby Karolaka. Po punktach z półdystansu Gieraitisa oraz oczkach w kontrze Kalaitzakisa Lietkabelis schodził na krótką przerwę przed czwartą kwartą przy prowadzeniu 67:47.

Początek ostatniej kwarty to wymiana lekkich ciosów, które jednak nie mogły skończyć się nokautem – na tablicy wyników utrzymywał się status quo. Obie ekipy wydawały się pogodzone z losami spotkania i zdobywanie punktów przychodziło im z bardzo dużym trudem – przez nieco ponad 4 minuty Lietkabelis i Śląsk zdobyły zaledwie po 4 oczka. Impas przerwał celną trójką Zemaitis, zza łuku przymierzył także Lipkevicius.

Przy stanie 51:77 na parkiecie pojawił się Szymon Tomczak, dla którego był to trzeci występ w europejskich rozgrywkach. „Świeży” krótko po wejściu na parkiet zdobył nawet pierwsze punkty na parkietach 7DAYS EuroCup – i to aż pięć! Do kosza dwukrotnie trafił także Langevine, efektownym wsadem w kontrze popisał się Justice, a z dystansu przymierzył Karolak. Niezła gra w końcówce pozwoliła zmniejszyć rozmiary porażki – ostatecznie Litwini wygrali 88:65.

Przewaga Lietkabelisu jest widoczna niemal we wszystkich rubrykach statystycznych. Gospodarze trafili aż 45% rzutów zza łuku i 92% prób z linii. Zawodnicy Nenada Canaka zdominowali też tablice, wygrywając zbiórkę 37-26. Wśród Trójkolorowych najlepsze indywidualne występy zanotowali Aleksander Dziewa (11 punktów, 3 zbiórki, 3 przechwyty) i Kodi Justice (13 punktów i 3 asysty). Dla ekipy z Poniewieża najwięcej punktów (18) zdobył Panagiotis Kalaitzakis.

– Muszę powiedzieć, że wstydzę się tego, jak się dziś zaprezentowaliśmy. Byliśmy okropni. W pierwszej połowie nie istnieliśmy w defensywie. W drugiej połowie byliśmy lepsi w obronie, ale w ofensywie zrobiliśmy tak wiele złych rzeczy, że nie pamiętam, żeby było tak w jakimkolwiek meczu. Myślę, że zasłużyliśmy na tę porażkę. Mam nadzieję, że trafimy do głów naszych graczy i zareagują we właściwy sposób po tej porażce – mówił na pomeczowej konferencji prasowej trener Śląska, Andrej Urlep.

 

 

Mecz z Lietkabelisem był bolesną porażką, ale bez wątpienia także kolejną cenną lekcją dla zawodników Śląska Wrocław. Mamy nadzieję, że doświadczenia zdobyte w 7DAYS EuroCup pozytywnie przełożą się na ligowe parkiety, bowiem już w najbliższą sobotę czeka nas prawdziwy hit Energa Basket Ligi. O 17:30 zmierzymy się na wyjeździe z Anwilem Włocławek, który prezentuje ostatnio bardzo wysoką formę. W kolejnym tygodniu czeka nas z kolei prawdziwy maraton w Hali Stulecia, gdzie rozegramy 4 mecze w 8 dni. Pierwszy z nich już 25 stycznia przeciwko Boulogne Metropolitans 92. Mini-karnety oraz bilety na to i inne spotkania możecie kupować za pośrednictwem serwisu Abilet.pl oraz na naszej stronie internetowej w zakładce „KUP BILET”.