Blue Flower

Choć tegoroczną przygodę z EuroCupem Śląsk Wrocław zaczął od serii porażek, drzwi do fazy play-off wciąż są otwarte. Bardzo ważny mecz pod kątem wyjścia z grupy czeka naszą drużynę już w środę, kiedy jej rywalem będą London Lions.

„This is London calling” – tak w trakcie II wojny światowej BBC zaczynało swoje meldunki z frontu. „London Calling” to także tytuł słynnej płyty punkowego zespołu The Clash, która w dużej mierze opisywała cienie życia w Wielkiej Brytanii lat 70.. Z kolei dla zawodników Śląska podróż do Londynu to wezwanie, by w końcu włączyć się do walki o wyjście z grupy B EuroCupu.

Spotkanie z Lwami będzie bardzo istotne pod kątem walki o awans do fazy play-off. Przypomnijmy, że z grupy europejskich rozgrywek wyjdzie aż 8 z 10 zespołów, w związku z czym słaby start nie przekreśla szans na końcowy sukces – by go osiągnąć, trzeba jednak zacząć wygrywać.

London Lions było wymieniane w gronie zespołów, z którymi Śląsk ma szansę powalczyć w fazie grupowej; po pięciu kolejkach Brytyjczycy mają jednak na swoim koncie dwa zwycięstwa, a wrocławianie wciąż żadnego. W przypadku wygranej podopieczni Ryana Schmidta będą legitymować się bilansem 3-3, a ich dogonienie będzie już bardzo trudne. Jednak jeśli wygra WKS, różnica między obiema drużynami wyniesie zaledwie punkt.

W poprzedniej kolejce londyńczycy pokazali, że są mocnym kandydatem do wyjścia z grupy – wyjazdowa wygrana w Hamburgu aż 103:75 najlepiej pokazuje potencjał tej drużyny. Co ciekawe, było to pierwsze wyjazdowe zwycięstwo jakiejkolwiek brytyjskiej drużyny w EuroCupie od 18 lat! Wcześniej Lions wygrali także z Dolomiti Energia Trento, które zamyka tabelę grupy B. Nieco gorzej wiedzie się im ostatnio w rodzimej lidze brytyjskiej – tam przegrali z Sheffield Sharks i liderem Bristol Flyers. Póki co były to jedyne ligowe porażki Lwów, którzy stracili prowadzenie i obecnie plasują się na 2. miejscu w krajowej tabeli.

W składzie naszych rywali można znaleźć kilka ciekawych nazwisk uznanych na międzynarodowej arenie. Środkowy Kosta Koufos to prawdziwy wyjadacz ligi NBA, w której spędził ponad 10 lat i rozegrał blisko 700 meczów. Duet doświadczonych podkoszowych uzupełnia Tomislav Zubcić, który w EuroCupie zdobywa niemal 17 punktów na mecz. Spore doświadczenie w najlepszej lidze świata ma także skrzydłowy Sam Dekker. Nie sposób nie wspomnieć również o Joshu Sharmie, doskonale znanym polskim fanom z występów w Lublinie i Sopocie.

Choć London Lions na mapie europejskiej koszykówki znajduje się od niedawna, a w EuroCupie jest zupełnym debiutantem, wcale nie jest łatwym do pokonania rywalem. Wręcz przeciwnie, szybko rozwijająca się organizacja zbudowała w tym sezonie mocny skład, który może jeszcze nieraz zaskoczyć bardziej uznane marki. Wierzymy jednak, że tym razem szczęście będzie po stronie WKS-u i uda nam się odnieść pierwsze zwycięstwo w EuroCupie.

WKS Śląsk Wrocław pokonał Enea Abramczyk Astorię Bydgoszcz 111:99, notując dziewiąte z rzędu zwycięstwo w Energa Basket Lidze. Świetne spotkanie rozegrał duet Łukasz Kolenda – Aleksander Dziewa, którzy zdobyli łącznie 52 punkty.

Andrej Urlep dokonał jednej zmiany w wyjściowej piątce – znalazł się w niej Łukasz Kolenda, zastępując Jeremiah Martina, który ze względu na uraz w ostatniej chwili wypadł ze składu. Obok Łukasza na parkiet od początku wyszli Daniel Gołębiowski, Jakub Nizioł, Conor Morgan i Aleksander Dziewa. Do Bydgoszczy z drużyną nie pojechali Ivan Ramljak i Justin Bibbs.

Wydarzenia z pierwszej kwarty przyćmiła awaria zegara czasu akcji, która spowodowała niemal półgodzinną przerwę w spotkaniu. Ta nieco wybiła z rytmu Trójkolorowych, którzy jednak wkrótce odzyskali wypracowaną na początku meczu przewagę. Świetnie wyglądała współpraca Kolendy i Dziewy, którzy sami w pierwszej kwarcie zdobyli aż 19 punktów. Śląsk bardzo dobrze rzucał zza łuku (4/6), celną trójką tę część gry zakończył także wspomniany wcześniej „Kolendziak”. Po ofensywnych z obu stron 10 minutach WKS prowadził 30:25.

W drugiej kwarcie widzowie w Sisu Arenie nadal oglądali ofensywne popisy zawodników obu drużyn. Swoje show kontynuował Kolenda, który w 20 minut zgromadził na swoim koncie 20 punktów (8/9 z gry!). Ze swoich zadań bardzo dobrze wywiązywał się Gołębiowski, który zamienił na punkty wszystkie trzy próby zza łuku. Podopieczni Andreja Urlepa tego dnia na sporo pozwalali rywalom pod swoim koszem, ale dobra skuteczność pozwoliła im wypracować dwucyfrową przewagę. Pięć punktów Mike’a Smitha w końcówce drugiej kwarty ustaliło jednak wynik pierwszej połowy na 59:54 dla Śląska.

W trzeciej kwarcie sytuacja wydawała się być pod kontrolą Śląska, ale do czasu. Przy stanie 61:73 Astoria zaliczyła serię 12-0 doprowadzając do remisu, a świetny fragment zaliczył Benjamin Simons. Prowadzenie WKS-owi dwoma indywidualnymi akcjami przywrócił jednak Kolenda, a pierwszą trójkę po powrocie do Wrocławia oraz rzut z końcową syreną zanotował Kodi Justice. Przed ostatnią częścią gry Śląsk odbudował kilkupunktową przewagę i wygrywał 84:76.

Na początku czwartej kwarty Astoria odrobiła kilka punktów straty i wydawało się, że w tym meczu jeszcze może być nerwowo. Goście jednak szybko odnaleźli zarówno swój rytm, jak i sposoby na wypracowanie dużej przewagi, której nie oddali już do końca spotkania. Bardzo ważne punkty zdobywał Conor Morgan, zza łuku znów przymierzył Kodi Justice, a znakomitą skuteczność zachowywali Olek Dziewa i Łukasz Kolenda – w całym meczu ten pierwszy zanotował 9/10 z gry oraz 3/3 z dystansu + 6 zbiórek i 5 asyst, a drugi 12/17 z gry i 3/6 za trzy + 9 asyst! Ostatecznie wrocławianie wygrali w Bydgoszczy 111:99.

Bez nominalnego rozgrywającego i lidera drużyny Jeremiah Martina oraz wciąż nieobecnych kontuzjowanych – pomimo tych braków WKS Śląsk Wrocław w kontrolowany sposób wygrał w Bydgoszczy i zachował status niepokonanych w Energa Basket Lidze. Teraz przed Trójkolorowymi wyjazdy do Gliwic i Sopotu, a w międzyczasie walka o pierwsze zwycięstwo w rozgrywkach 7DAYS EuroCup. Liczymy na kolejne wygrane, a tymczasem wracamy na fotel lidera PLK!

Mistrz Polski ze Śląskiem Wrocław ponownie zagra dla Trójkolorowych. Kodi Justice, 27-letni amerykański rzucający, podpisał kontrakt z klubem do końca sezonu. Witamy ponownie!


Choć kibice WKS-u doskonale znają Kodiego, przypomnijmy sobie, jak wyglądała dotychczasowa kariera naszego nowego-starego zawodnika. Po czterech latach występów dla Sun Devils i ukończeniu Arizona State University od 2018 roku nieprzerwanie występuje w Europie. Jego pierwszym przystankiem była rosyjska BC Parma, ale jeszcze w tym samym sezonie Justice przeniósł się do Zastalu Zielona Góra.
Kolejny sezon rzucający rozpoczął we włoskim Pallacanestro Trieste, gdzie jednak także nie dokończył rozgrywek – tym razem ze względu na początek pandemii. W listopadzie 2020 roku podpisał kontrakt z KK Zadar, z którym zdobył mistrzostwo oraz Puchar Chorwacji. W 48 spotkaniach Kodi notował średnio 10,6 punktu przy skuteczności zza łuku 42%.
3 września 2021 roku Justice podpisał kontrakt z WKS Śląskiem Wrocław. Wystąpił w 42 spotkaniach Energa Basket Ligi, w których notował średnio 10,4 punktu. Z kolei w 18 meczach 7DAYS EuroCup zdobywał 9,7 punktu na mecz. W decydującym o mistrzostwie, piątym finałowym meczu z Legią, trafił trzy z pięciu rzutów zza łuku i zapisał na swoim koncie 14 oczek.
Mistrzostwo Polski nie było jedynym powodem Kodiego do świętowania w ostatnich miesiącach. 27 października na świat przyszedł jego pierwszy syn, Maddox. Oczekując na narodziny dziecka rzucający nie związał się kontraktem z żadnym klubem, ale cały czas dbał o formę i trenował indywidualnie w Stanach Zjednoczonych.
Teraz, blisko pół roku po pamiętnych wydarzeniach w Hali Stulecia, Kodi Justice wraca do Wrocławia. Amerykanin podpisał kontrakt ze Śląskiem obowiązujący do końca sezonu. Witamy ponownie i życzymy wielu celnych trójek!

Tak jak w Gran Canarii, tak i w Hamburgu – Śląsk Wrocław był bardzo blisko niespodzianki, której niestety jednak nie udało mu się sprawić. Veolia Towers pokonała Trójkolorowych 87:83, ale podopiecznych Andreja Urlepa trzeba pochwalić za niesamowitą pogoń w trzeciej kwarcie i walkę do ostatnich sekund spotkania.

W wyjściowej piątce Śląska obyło się bez niespodzianek – po raz kolejny znaleźli się w niej Jeremiah Martin, Daniel Gołębiowski, Jakub Nizioł, Conor Morgan i Aleksander Dziewa.

Trójkolorowi zaczęli mecz od dwóch strat i czterech straconych punktów, ale szybko otrząsnęli się z początkowego letargu. Świetny fragment zaliczył Nizioł, który zdobył aż 7 punktów z rzędu, a potężnym blokiem na Christophie Philippsie popisał się Aleksander Dziewa. WKS ze stanu 0-4 wyszedł na prowadzenie 7-4. Straty Hamburga zmniejszyli Ziga Samar i Marvin Clark Jr., ale dobra egzekucja rzutów wolnych w wykonaniu Dziewy pozwoliła nam utrzymać kilka punktów prowadzenia.

Gospodarze już po paru minutach przekroczyli limit fauli (co ciekawe, 3 przewinienia w 27 sekund zanotował Jonas Wohlfarth-Bottermann), co starali się wykorzystać agresywną grą Wojskowi. Kilka punktów z linii rzucił Łukasz Kolenda. Po zejściu z parkietu Jeremiah Martina w grę WKS-u wdarło się sporo chaosu, a na domiar złego z grymasem bólu na twarzy boisko opuścił Jakub Nizioł. Towers wykorzystali problemy rywali i dzięki trójce Jamesa Woodarda po pierwszej kwarcie prowadzili 21:19.

Na początku drugiej kwarty wrocławianom niestety zupełnie nie układała się gra ofensywna, co spowodowało serię siedmiu punktów rywali. Wydawało się, że niemiecka drużyna może błyskawicznie odjechać Śląskowi, ale waleczny w ofensywie Dziewa pozwolił przyjezdnym trzymać kontakt z rywalami. Niezłą grę w obronie niestety niweczyły niepotrzebne straty, które kosztowały nas kolejne stracone punkty. Podopieczni Raoula Kornera prowadzili już 36:23.

W ataku nasza gra niemal w stu procentach polegała na rzutach Olka Dziewy, który trafił zza łuku, ale niestety mylił się bliżej kosza. Hamburg rozpędzał się w ofensywie – Lukas Meisner dunkiem wykończył zespołową akcję, floater Kendale McCulluma powiększył przewagę gospodarzy do 16 punktów, a kolejne trzy oczka Meisnera jeszcze pogorszyły sytuację. WKS pod presją rywali nie potrafił znaleźć drogi do otwartych rzutów i w efekcie zbyt często musiał rzucać z nieprzygotowanych pozycji za trzy. Do szatni zawodnicy Andreja Urlepa schodzili, przegrywając 33:52.

Na drugą połowę Śląsk wyszedł w bojowym nastawieniu – trójka i blok Gołębiowskiego oraz punkty w kontrze Morgana mogły wlać nieco nadziei w serca kibiców WKS-u. Popularny „Gołąb” na początku trzeciej kwarty był wprost kapitalnie dysponowany – najpierw zanotował akcję 2+1, po chwili swoim przechwytem wymusił faul niesportowy rywali i wykorzystał dwa rzuty wolne, a następnie wjazdem pod kosz zdobył kolejne punkty! Przewaga Hamburga zmalała do zaledwie siedmiu oczek, a Śląsk się nie zatrzymywał. Punkty Kolendy i Morgana doprowadziły do serii Trójkolorowych 16-0 (!), a na tablicy było już tylko 49:52. Towers byli bez punktów przez ponad 5 minut!

Piękny sen Wojskowych przerwał punktami po zbiórce dopiero Yoeli Childs, ale i tak zespół Urlepa trzeba pochwalić za świetną grę w obronie na przestrzeni całej trzeciej kwarty. Punkty z linii Dziewy, Kolendy i Morgana pozwalały WKS-owi utrzymywać wynik bliski remisu. Po przechwycie i punktach na pusty kosz Martina Śląsk wyszedł nawet na prowadzenie! Dopiero dzięki punktom z faulem Setha Hinrichsa i rzutowi spod kosza Clarka Jr. Hamburg odzyskał przewagę przed ostatnią kwartą – 63:61.

W czwartą kwartę wchodziliśmy z dużymi nadziejami, ale jej początek był zimnym prysznicem na nasze głowy – za trzy trafił James Woodard, w kontrze Yoeli Childs, a po stracie Morgana na pusty kosz rzucił Seth Hinrichs. Kapitalny fragment Nizioła pozwolił nam jednak wrócić do gry – najpierw Kuba zaliczył potężny wsad, a po chwili trójkę w szybkim ataku. Po akcji 2+1 Jeremiah Martina na tablicy znów widniał remis: 73-73.

W kolejnych minutach podobny scenariusz: Towers odskakują po punktach Philippsa, Woodarda i Childsa, a Śląsk odrabia straty za sprawą Martina i Dziewy. Następnie w grę obu drużyn wdarło się sporo chaosu i po paru nieudanych akcjach na nieco ponad minutę przed końcem gospodarze prowadzili jednym oczkiem (80:79). Status quo utrzymał się po akcjach McCulluma i Martina, którzy skutecznie zaatakowali kosz. Pierwszy z nich po chwili próbował powtórzyć tę sztukę i wywalczył faul, po którym wykorzystał dwa rzuty wolne. Jakub Nizioł zmniejszył jeszcze straty do jednego punktu, ale decydujące fragmenty meczu należały do McCulluma. Jego wjazd pod kosz zapewnił Hamburgowi prowadzenie, którego niemiecki zespół nie oddał już do końca i ostatecznie wygrał 87:83.

Mecz w Hamburgu dostarczył nam wielkich emocji oraz powodów zarówno do dumy, jak i zmartwień. Niesamowita pogoń i seria 16-0 Śląska w trzeciej kwarcie zasługuje na duże uznanie i pokazuje, że zespół z Wrocławia nie poddaje się nawet w najtrudniejszych momentach. Słabsze fragmenty spotkania obnażyły jednak nasze ograniczenia w ofensywie, wynikające między innymi z krótkiej rotacji i braku etatowego strzelca w zespole. Niemniej naszej drużynie należą się duże brawa za walkę i zostawione na boisku serce. Podziękujmy im już w sobotę, licznie stawiając się na meczu Energa Basket Ligi z Twardymi Piernikami Toruń!

Czekaliśmy na ten moment od rozpoczęcia przygotowań do sezonu – wróciliśmy do EuroCup i na start mierzyliśmy się z hiszpańską Gran Canarią. Śląsk Wrocław pokazał się z bardzo dobrej strony, ale ostatecznie musiał uznać wyższość rywali wynikiem 81:92. Pomimo bardzo dobrego poziomu w trzech kwartach, w ostatniej odsłonie gry AJ Slaughter zabił nasze marzenia o wygraniu spotkania w Hiszpanii.

Założeniami na to spotkanie było przede wszystkim twardo walczyć w defensywie i możliwie szybko przedostawać się do strefy ataku. Od samego początku energicznie w mecz wszedł Jakub Nizioł, który zdobył trzy punkty z linii rzutów wolnych. Wtórował mu Morgan celnym rzutem z półdystansu. Niestety od tego momentu Hiszpanie, a dokładnie Vitor Benite trafił dwie trójki z rzędu. W kolejnych akcjach Trójkolorowi byli już gotowi na jego atak i dobrze wybronili kolejne dwie akcje strzeleckie.

W trzeciej minucie pierwszej kwarty na parkiecie zameldował się jeden z dwóch naszych rodaków grających w Gran Canarii – mowa o AJ Slaughterze, który po wejściu szybko zaliczył stratę, a kontratak w punkty zamienił Aleksander Dziewa. Dosłownie dwie akcje później na parkiecie pojawił się także Aleksander Balcerowski. Wiemy, jakimi możliwościami dysponuje Balcerowski, dlatego też wrocławianie od razu uszczelnili pole trzech sekund.

Po pięciu minutach pierwszej odsłony nasza drużyna prowadziła 13:10, a na pochwałę zasłużyła szczególnie nasza defensywa. Idealnie odcinaliśmy od rzutu najlepszych strzelców gospodarzy, a Olek Dziewa na spółkę z Conorem Morganem naprawdę twardo stawiali się Balcerowskiemu i Diopowi pod koszem. Gran Canaria bardzo szybko złapała pięć przewinień drużynowych, dzięki czemu mogliśmy liczyć na kilka wizyt na linii rzutów wolnych. W tym aspekcie spisywaliśmy się dobrze, trafiając 7/8 prób w sześć minut.

Hala na Gran Canarii może pomieścić niespełna 12 tys. osób, ale tego wieczoru mogliśmy także liczyć na wsparcie polskich kibiców. Z trybun dobiegały okrzyki „WKS, WKS”, które przebijały się przez symfonicznie brzmiący kibicowski kocioł gospodarzy. Na trzy minuty do końca kwarty świetną akcję pick & roll wykreowali Martin i Parachouski, po czym o przerwę na żądanie poprosił trener gospodarzy Jaka Lakovic. Tablica wyników pokazywała wówczas 19:13 dla Śląska.

Po tej przerwie obie drużyny weszły na jeszcze wyższy poziom defensywny nie pozwalając rywalom na rzucenie choćby punktu. Impas trwał przez osiemdziesiąt sekund, kiedy świetnie w pomalowanym odnalazł się Art Parachouski. Dwukrotnie zza łuku próbował trafiać AJ Slaughter, ale dopiero drugi rzut znalazł drogę do kosza. Chwilę po celnym rzucie Slaughter faulował Kolendę, a ten pewnie wykorzystał jeden wolny i zebrał po sobie piłkę – niestety bez powodzenia w ponowieniu. Na 20 sekund do końca kwarty świetnym wjazdem pod kosz popisał się Gołębiowski, odpowiedział na niego Slaughter z bliskiego półdystansu.

Tym samym pierwsza odsłona spotkania zakończyła się wynikiem 24:20 dla Śląska. Nastroje były pozytywne, jednak musieliśmy pamiętać, że nie jesteśmy w tym meczy faworytem i trzeba walczyć o każde posiadanie i centymetr parkietu, żeby móc liczyć na jakikolwiek triumf.

Drugą kwartę zaczęliśmy przeciętnie – dwie straty, po których rywale rzucili za dwa i za trzy, wychodząc na prowadzenie. O szybką przerwę na żądanie musiał poprosić trener Urlep, żeby zahamować rozpędzającą się Gran Canarię. Przerwa przyniosła lepszy fragment gry w naszym wykonaniu. Dwa faule w dziesięć sekund popełnił Slaughter, dla którego było to łącznie trzecie przewinienie i trener Lazovic dał mu odpocząć. Pod koszem dalej toczyły się starcia wagi ciężkiej. Bardzo silny Damien Inglis nie mógł znaleźć sposobu na duet Dziewa-Morgan.

Z minuty na minutę kibice zgromadzeni w Gran Canaria Arena reagowali coraz bardziej żywiołowo zarówno na poczynania swoich zawodników, jak i także na decyzje sędziowskie. W drugiej kwarcie gracze Gran Canarii jeszcze szybciej złapali pięć przewinień drużynowych. Sędziowie zaczęli tracić kontrolę nad wydarzeniami na parkiecie, w trzeciej minucie drugiej kwarty sprawdzali sytuację za pomocą systemu IRS i mimo, że faulowany był Gołębiowski, to na linię rzutów wolnych wytypowany został Nizioł. Mimo ogólnego chaosu trzeba było odnaleźć koncentrację na dalsze fazy meczu.

Na sześć minut do końca pierwszej połowy prowadziliśmy 33:29, ale też popełnialiśmy głupie straty. Gospodarze wciąż nie mogli się przedrzeć przez naszą defensywę, a przez dużą ilość fauli nie mogli narzucić odpowiedniego dla siebie tempa gry. W końcu i my wpadliśmy w problem z przewinieniami, dzięki czemu gospodarze zaczęli grać agresywniej. Częste próby penetracji i izolowanych na wysokich akcje przynosiły jedyny pożytek w postaci wywalczenia rzutów wolnych.

Bardzo dobrze przebiegała współpraca na linii Martin-Parachouski, rozszerzona o wsparcie ze skrzydła od Gołębiowskiego. Po akcji tej trójki i punktach Arta, trener Lazovic ponownie prosił o przerwę. Po niej gra gospodarzy nie odmieniła się ani trochę. Końcówkę kwarty przejął za to Jeremiah Martin. Nasz rozgrywający szybko i agresywnie mijał pierwszą linię defensywną, dzięki czemu dopisał na swoje konto cztery punkty. Przed końcem połowy popis dał duet Slaughter-Diop, najpierw grając sprytną akcję dwójkową zakończoną potężnym wsadem Diopa, a akcję później Senegalczyk zebrał piłkę w ofensywie i odegrał do Polaka, który zdobył trzy punkty.

Ostatecznie I połowę zakończyliśmy na prowadzeniu 41:40. Najlepszym strzelcem po 20 minutach był Martin z 13 oczkami na koncie. Naszym największym zmartwieniem były trzy przewinienia Olka Dziewy. Po wyjściu z szatni na twarzach naszych zawodników było widać pełne skupienie i szansę na sprawienie wielkiej niespodzianki.

Trzecią kwartę rozpoczęliśmy od celnej trójki Morgana (była to nasza pierwsza celna trójka w tym spotkaniu), gospodarze odpowiedzieli punktami spod kosza Balcerowskiego. To były jedyne akcje punktowe w pierwszych dwóch minutach drugiej połowy. Wciąż po obu stronach parkietu panowała duża niedokładność i chaos. Po czterech minutach kwarty prowadziliśmy 47:42 po szybkiej dwójkowej kontrze Kolendy i Nizioła. Trójką odpowiedział Slaughter, po czym widzieliśmy przerwę na żądanie trenera Urlepa.

Po time-oucie gospodarze dorzucili kolejną trójkę, na którą rzutem z półdystansu odpowiedział Martin. W całej trzeciej odsłonie nasza gra pod koszem minimalnie osłabła, pozwalaliśmy gospodarzom na więcej zbiórek w ataku i łatwiejszych penetracji. Na trzy minuty do końca kwarty mogliśmy poczuć prawdziwy hiszpański temperament kibiców zgromadzonych w hali. Kolejne „wątpliwe” gwizdki ze strony sędziów nie podobały się publiczności. Przewinieniem technicznym został ukarany trener gospodarzy, a wrocławianie spokojnie kontynuowali założenia na mecz.

W ostatnich dwóch minutach tej kwarty bardzo aktywny zrobił się Łukasz Kolenda, który najpierw z narożnika zdobył trzy punkty, a później dwukrotnie nachodził na kosz i lay-upem finalizował akcje. To także Łukasz był twórcą ostatniej ofensywnej akcji w tej części gry. Był faulowany przy rzucie, ale wykorzystał tylko jeden wolny. Natomiast równo z syreną kończącą trzecią kwartę za trzy trafili gospodarze, doprowadzając do remisu 64:64.

Ostatnia odsłona gry rozpoczęła się od celnego rzutu za dwa AJ Slaughtera, my natomiast skrupulatnie punktowaliśmy gospodarzy, jeśli chodzi o przewinienia. Nie minęła minuta, a na koncie Gran Canarii widzieliśmy już 3 faule drużynowe. Gran Canarię świetnie napędzał Slaughter, który dorzucił dwie trójki, dzięki czemu gospodarze wyszli na prowadzenie 72:68.

Mimo dobrej akcji ofensywnej Dziewy, gospodarze powiększyli przewagę do pięciu punktów dzięki celnej trójce. Pięknym za nadobne odpowiedział Kolenda i wróciliśmy do gry na jedno posiadanie. Na pięć minut do końca spotkania za piąte przewinienie w meczu parkiet opuścić musiał Daniel Gołębiowski. Kolejne punkty dla gospodarzy zdobywał Slaughter, a u nas twardo pod koszem walczył Olek Dziewa. Po wymuszeniu przewinienia na Diopie wykonał celnie tylko jeden rzut wolny.

Senegalczyk w następnej akcji podwyższył wynik na 79:74 dla gospodarzy, a wrocławianom zostały cztery minuty na odrobienie strat. Ponownie zza łuku trafił Slaughter, po nim trójkę dołożył Bassas i zrobiło się dziewięć punktów przewagi Gran Canarii. Po przerwie na żądanie dla trenera Urlepa punkty po łatwej zbiórce ofensywnej dołożył Diop i mieliśmy kolejną przerwę dla naszego szkoleniowca.

Jedenastopunktowa strata była piekielnie trudna do odrobienia w ostatnie dwie minuty meczu. Celną trójką nadzieje przywrócił na chwilę Kolenda, a po dobrej akcji defensywnej dwa punkty dołożył Morgan. Na zegarze pozostało 66 sekund i 6 punktów straty. Sztylet w serca wrocławian ponownie wbił Slaughter, trafiając kolejną trójkę. Po tej akcji wszystko było już jasne.

Nasi zawodnicy pomimo rewelacyjnej postawy przez 30 minut spotkania musieli uznać wyższość gospodarzy. Mecz zakończył się potężnym wsadem Diopa, który ustalił wynik meczu na 92:81. Mimo wszystko, wrocławianie mogą wracać do domu z podniesionymi głowami, ponieważ pokazali kawał dobrego basketu. Miejmy nadzieję, że nasza gra zaprocentuje w następnych spotkaniach, które zakończymy już z wygranymi na koncie. Kolejny mecz w europejskich rozgrywkach czeka nas 19 października o 20:00 z Buducnost VOLI Podgorica w Hali Stulecia, a wcześniej rozegramy ligowe wyjazdowe spotkanie z Kingiem Szczecin.

Po wyrównanym i emocjonującym meczu WKS Śląsk Wrocław pokonał Anwil Włocławek w kolejnej odsłonie „świętej wojny” 75:73! Walka o wygraną dotyczyła się do ostatnich sekund, a liderami Trójkolorowych ponownie byli Jeremiah Martin (23 punkty) i Jakub Nizioł (20 punktów).

Trójkolorowi mecz we Włocławku rozpoczęli w ustawieniu Jeremiah Martin, Daniel Gołębiowski, Jakub Nizioł, Conor Morgan i Aleksander Dziewa – a więc takim samym, jak poprzednie spotkanie w Warszawie.

W kolejną odsłonę „świętej wojny” nieco lepiej weszli gospodarze (trójką Josha Bosticia i dobrym fragmentem Kamila Łączyńskiego), ale Wojskowi szybko otrząsnęli się z początkowego letargu. Efektownym wsadem i celnym rzutem zza łuku popisał się Nizioł, punkty zdobyli też Morgan, Martin i Dziewa. Po trafieniu tego ostatniego na tablicy widniał wynik remisowy.

W kolejnych minutach Śląsk prezentował się wprost znakomicie, wygrywając drugą część pierwszej kwarty 11-2 i prowadząc po 10 minutach 23:14. Bardzo dobry moment zaliczył Arciom Parachouski, ale ozdobą tej części gry był potężny wsad Jeremiah Martina rodem z NBA. Podkreślić trzeba też świetną grę defensywną Śląska, ale równocześnie oddać rywalom, że przy ich rzutach piłka kilkukrotnie niefortunnie wykręciła się z obręczy.

Początek drugiej kwarty to słabsza gra w ataku obu drużyn. Z dystansu celnie przymierzył Janari Joesaar, tym samym odpowiedział Martin. Z linii dwukrotnie trafili Aleksander Wiśniewski i Luke Petrasek. Po akcji 2+1 Luke’a Bosticia Anwil przegrywał 22:28.

Problemy WKS-u w ataku sprawiły, że zespół z Włocławka po paru chwilach zbliżył się do nas na dwa punkty (po dwóch akcjach Michała Nowakowskiego), a wściekły Andrej Urlep poprosił o czas. Ten przyniósł oczekiwane rezultaty, bowiem Śląsk zakończył pierwszą połowę siedmiopunktową serią i prowadził 35:28. Kolejne oczka dopisali na swoje konto Martin i Morgan, ale pierwsza połowa należała do Kuby Nizioła. Zakończył ją skuteczną akcją z faulem, a w sumie przez 20 minut zanotował 9 punktów i 4 zbiórki.

Pierwsze punkty w drugiej połowie zdobył dopiero po niecałych dwóch minutach Kamil Łączyński. Niedługo później spod kosza trafił Nowakowski, a z dystansu celnie przymierzył Petrasek. WKS miał duże problemy z rozegraniem i trener Urlep poprosił o czas przy zaledwie jednopunktowej przewadze wrocławian. Po kolejnej trójce Petraska gospodarze wyszli na prowadzenie.

Trzecie kwarty nieraz były naszą zmorą podczas meczów we Włocławku i wydawało się, że podobnie może być i tym razem. W pewnym momencie Anwil rozkręcił się w ofensywie – Rottweilery świetnie rzucały z dystansu i wzmocnili szyki defensywne, w efekcie budując dziewięciopunktową przewagę. Śląsk ani myślał się jednak poddawać, a w buty lidera nie po raz pierwszy wszedł Jeremiah Martin. Jego siedem oczek w krótkim odstępie czasowym pozwoliło Trójkolorowym znacznie zmniejszyć straty. Po trójce Łukasza Kolendy i punktach z linii Martina Śląsk prowadził nawet przed ostatnią kwartą 61:59!

Początek czwartej części gry to wojna nerwów z obu stron. Początkowo lepiej wychodził z niej zespół Urlepa – efektowną trójkę trafił Gołębiowski, a łatwe punkty spod kosza po zespołowej akcji zdobył Parachouski. Gospodarze odpowiedzieli jednak celnym rzutem z dystansu Phila Greene’a i oczkami Josipa Sobina. Pięć minut przed końcem na tablicy ponownie widniał remis (66:66).

Dwie minuty później Śląsk był już na trzypunktowym prowadzeniu – na akcję Nowakowskiego odpowiedzieli skutecznymi wjazdami pod kosz Dziewa i Martin. Rzut z dystansu Kamila Łączyńskiego ponownie wyrównał jednak stan rywalizacji. Remis 71:71 utrzymał się do ostatniej minuty spotkania. Wtedy Martin wypuścił piłkę w ataku, ale na szczęście był faulowany przez Bosticia i wykorzystał dwie próby z linii. Anwil nie trafił w ataku i musiał faulować, a rzuty wolne wykorzystał Jakub Nizioł. Ostatnie sekundy meczu upłynęły na walce o piłkę w parterze i ostatecznie to Śląsk mógł się cieszyć z wygranej 75:73!

Anwil Włocławek – WKS Śląsk Wrocław 73:75 (14:23, 14:12, 31:26, 14:14)

W spotkaniu Mistrza i Wicemistrza Polski WKS Śląsk Wrocław pokonał Legię Warszawa 76:63 na stołecznym Torwarze! O zwycięstwie Trójkolorowych z Wrocławia przesądziła kapitalna końcówka, w której nasi zawodnicy zaliczyli serię 14-0! Liderem WKS-u był Jeremiah Martin, który zanotował 24 punkty i 9 zbiórek.

Trener Andrej Urlep nie dokonał ani jednej zmiany w wyjściowej piątce na hitowy mecz 2. kolejki Energa Basket Ligi – na parkiet wybiegli więc Jeremiah Martin, Daniel Gołębiowski, Jakub Nizioł, Conor Morgan i Aleksander Dziewa. Trójkolorowi zaczęli spotkanie w nowym złoto-czarnym komplecie strojów przygotowanym z okazji zdobycia przez Trójkolorowych 18. Mistrzostwa Polski.

Początek w wykonaniu gospodarzy był wyjątkowy nerwowy – przez pierwsze 5 minut Legia miała duże problemy z trafianiem do kosza i w tym okresie zdobyła zaledwie dwa punkty. Wykorzystał to Śląsk, który wyszedł na prowadzenie. Pierwsze oczka zdobył Morgan, a w pojedynku podkoszowych Dziewa-Groselle środkowy WKS-u łatwo poradził sobie z przeciwnikiem.

W kolejnych minutach gra nieco się wyrównała, ale Wojskowi utrzymywali niewielką przewagę nad przeciwnikiem, prowadząc po pierwszej kwarcie 16:11. Liderem punktowym Śląska był Martin, kroku dotrzymywał mu Dziewa, a po słabszym otwarciu przełamał się też Łukasz Kolenda. Przewagę gości zmniejszył Dariusz Wyka, który na koniec tej części gry zdobył punkty spod kosza rzutem równo z syreną.

Legioniści mieli problemy ze skutecznością na początku pierwszej kwarty, a Śląsk na starcie drugiej. Oczka zanotował co prawda Aleksander Wiśniewski, ale błyskawicznie odpowiedzieli Travis Leslie i Groselle, którzy zmniejszyli przewagę WKS-u do trzech punktów. Po punktach spod kosza Ray’a McCalluma był już remis 18:18. Impas naszej drużyny przerwał dopiero celnymi rzutami wolnymi Jakub Nizioł.

Powiedzieć, że obręcze na Torwarze nie pomagały obu drużynom w pierwszej połowie, to nic nie powiedzieć. Zawodnicy Legii i Śląska nieco jednak odblokowali się pod koniec pierwszej połowy. Daniel Gołębiowski, McCallum i Janis Berzins przymierzyli zza łuku, Devyn Marble skutecznie wjechał pod kosz, a kilka punktów z rzędu zdobył Arciom Parachouski. Dzięki skutecznej końcówce i punktach Morgana (rzut zza łuku) oraz Gołębiowskiego (z linii) po 20 minutach WKS prowadził 35:30.

Początek drugiej połowy to prawdziwy show Arcioma Parachouskiego – to głównie dzięki niemu Śląsk odskoczył od Legii na aż 12 punktów. „Art” trzykrotnie asystował przy punktach kolegów, przytomnie zebrał piłkę w ataku oraz własnoręcznie zdobył ważne punkty spod kosza. Współpracę środkowego z Kubą Niziołem oglądało się w tych fragmentach z dużą przyjemnością. Po trójce McCalluma gospodarze przegrywali 37:46.

Kolejne minuty to ponownie okres „brzydszej” gry obu zespołów. Śląsk punktował niemal wyłącznie z rzutów wolnych, a i na linii miał nieco problemów ze skutecznością. Wśród Legionistów prym wiedli Leslie, który trafił spod kosza oraz z półdystansu i Marble – po jego trójce warszawianie zmniejszyli straty do siedmiu punktów. Na koniec trzeciej kwarty dla Wojskowych zapunktowali jeszcze Dziewa oraz Martin i Śląsk prowadził przed ostatnią częścią gry 56:47.

W tej Legia rzuciła się do odrabiania strat – pod koszem rozkręcił się Groselle, zza łuku trafili Łukasz Koszarek i Berzins, z faulem zapunktował Marble. Trójka Kolendy i oczka w kontrze Martina to było niestety za mało – z przewagi Śląska nie zostało już prawie nic, a po trafieniu z dystansu Marble’a Legia po raz pierwszy w tym meczu wyszła na prowadzenie.

Wtedy jednak sprawy w swoje ręce wziął Jeremiah Martin – Amerykanin dzięki swoim indywidualnym umiejętnościom niemal w pojedynkę zdobył 8 (!) punktów z rzędu i wyprowadził drużynę na ponowne prowadzenie (71:63), którego Śląsk już nie oddał. Na pochwałę zasługuje także świetna defensywna gra zespołu WKS-u w decydującym fragmencie spotkania – gospodarze przez ostatnich kilka minut nie zdobyli ani oczka! Ostatecznie Trójkolorowi z Wrocławia wygrali aż 76:63 po serii punktowej na koniec meczu 14-0!

To nie był piękny mecz, na jaki liczyło wielu kibiców oglądających starcie Mistrza z Wicemistrzem Polski. Przez długie fragmenty spotkania obie drużyny miały problemy z trafieniem do wymagających obręczy na wrocławskim Torwarze, popełniały proste straty i gubiły się po obu stronach parkietu. Najważniejsze jednak, że koniec końców z bardzo trudnego terenu Śląsk wywozi dwa punkty dzięki kapitalnemu finiszowi i melduje się w czołówce Energa Basket Ligi. Teraz przed nami misja: Włocławek i Święta Wojna z Anwilem!

Legia Warszawa – WKS Śląsk Wrocław 63:76 (11:16, 19:19, 17:21, 16:20)

Co łączy wrocławskie zoo i koszykarski WKS Śląsk Wrocław?

To dwie wiodące wrocławskie marki, które gwarantują swoim odbiorcom doświadczenia na najwyższym poziomie. W tym sezonie meczom osiemnastokrotnego Mistrza Polski towarzyszyć będzie ZOO Wrocław i jego misja, bo obie instytucje połączyły siły w ramach współpracy.

Wrocławskie ZOO odwiedza rocznie około 1,6 mln osób i jest ono najpopularniejsze w kraju, piąte w Europie pod względem frekwencji i trzecie na świecie pod względem liczby prezentowanych gatunków zwierząt. Nie oznacza to jednak, że placówka może spocząć na laurach. Swoją popularność zawdzięcza konsekwentnie realizowanej polityce marketingowej i szerzeniu misji ochrony ginących gatunków.

Z kolei koszykarski Śląsk przyciąga na swoje mecze pełne trybuny oddanych fanów i bierze udział w elitarnych rozgrywkach europejskich – 7Days EuroCup organizowanych przez Euroleague Properties. To aktualnie najbardziej medialny klub w Polsce, a wysokość ekwiwalentu reklamowego w sezonie 2021/2022 wynosiła aż 56 mln zł.

- Tak jak dla nas ostatni sezon był wyjątkowy i mistrzowski, tak dla wrocławskiego zoo był rekordowy pod niemal każdym względem. Wierzę, że kolejny rok wspólnych działań umocni nasze pozycje na mapie najważniejszych atrakcji Wrocławia – mówi Michał Lizak, prezes Koszykarskiego Śląska Wrocław.

Zoo upatruje w tej współpracy szansę na pozyskanie nowych odbiorców swoich usług i misji.

- Uczestnicy rozgrywek sportowych są odbiorcami pozytywnych emocji jakie wywołuje taka rywalizacja, dlatego jesteśmy zainteresowani promocją swojej marki poprzez sport – mówi Joanna Kasprzak, prezes ZOO Wrocław. - Również ze względu na popularność i wszechobecność sportu w społeczeństwie oraz fakt, że przyciąga on ludzi o różnych poglądach, stylu bycia czy wykształceniu, których łączy zamiłowanie do danej dyscypliny.

Wrocławski ogród zoologiczny realizuje strategię marketingową opartą przede wszystkim na intensywnej obecności w mediach, prowadzeniu własnych kanałów społecznościowych oraz marketingu sportowym. Na przestrzeni ostatnich kilku lat ogród współpracował już m.in. z Gwardią Wrocław, Panthers Wrocław czy piłkarskim Śląskiem w ramach marketingu sportowego i najmu powierzchni reklamowych podczas rozgrywek. Wrocław, 21.09.2022 r.

- Poza rokiem wybuchu pandemii odnotowujemy utrzymującą się frekwencję i stały wzrost przychodów co oznacza, że nasze działania marketingowe są skuteczne - mówi Agnieszka Korzeniowska, dyrektor ds. marketingu Zoo Wrocław. – Dlaczego właśnie sport? Gromadzimy podobne grupy odbiorców, między innymi rodziny, które są jedną z najczęściej odwiedzających nasz ogród grup docelowych. Emocje, których dostarcza sportowa rywalizacja generują olbrzymie zasięgi i trafiają do wielu odbiorców. Z roku na rok obserwuje się coraz większe zainteresowanie sportem w społeczeństwie, co przekłada się również na uwagę mediów zainteresowanych transmisją wydarzeń sportowych.

Reklama wrocławskiego zoo podczas meczów koszykówki pozwoli na wypromowanie wrocławskiego ogrodu nie tylko wśród mieszkańców regionu, którzy znają zoo dobrze i bardzo je cenią. Jest to przede wszystkim okazja do pokazania się w innych miastach Polski, a nawet Europy. Liczymy na zachęcenie turystów do wizyty na Dolnym Śląsku i skorzystanie z oferty nie tylko zoo, ale i całego regionu. W tym sezonie Zoo Wrocław przeznaczy na tę współpracę około 880 tys. zł netto. W ramach tego reklama Zoo Wrocław będzie widoczna m.in. na strojach koszykarzy, tafli boiska, bandach reklamowych czy ekranach diodowych. Ponadto mistrzowie Polski zaangażują się bezpośrednio w działalność ochroniarską, która jest głównym celem prowadzenia wrocławskiego ogrodu. Już od października tego roku kupując bilet na rozgrywki będzie można wybrać wersję z dodatkową cegiełką o wartości 1 zł, a pozyskane w ten sposób środki wesprą ratowanie zagrożonych gatunków zwierząt. Rocznie ZOO Wrocław i Fundacja ZOO Wrocław DODO przeznaczają na ten cel ponad 650 tys. zł. Pieniądze trafiają do ponad 30 organizacji ratujących zwierzęta na całym świecie. Będzie to doskonała okazja do połączenia marketingu z działaniami wspierającymi ochronę środowiska.