Blue Flower

Po piątkowej wygranej seria Śląska Wrocław w Energa Basket Lidze wygląda już dość pokaźnie. Czas najwyższy, aby w końcu przełamać się również w rozgrywkach 7DAYS EuroCup. Najbliższe starcie wydaję się być do tego dobrą okazją, ponieważ do Wrocławia przyjedzie niemiecki zespół Hamburg Towers, który na razie także nie prezentuje się najlepiej w tych zmaganiach. Początek spotkania w środę o godzinie 18:45; transmisja w Polsacie Sport Extra.

Drużyna z Hamburga to jedna z nowszych ekip na koszykarskiej mapie Niemiec. Klub został założony w 2013 roku, a rok później po raz pierwszy wystąpił w rozgrywkach krajowych. Dzięki dzikiej karcie Towers zmagania rozpoczęli od razu od ligi ProA (2. poziom rozgrywkowy), gdzie już w pierwszych dwóch sezonach zespół dwa razy awansował do play-offów. W nich jednak nie radził sobie już tak dobrze i odpadał w ćwierćfinałach. Sezon 2018/19 okazał się być tym kluczowym, kiedy to niemiecki klub w końcu spełnił cel, jakim był awans do Bundesligi. Wtedy hamburczycy pod wodzą Mike’a Taylora najpierw zajęli czwarte miejsce w sezonie zasadniczym, a następnie w finale pokonali Nürnberg Falcons BC.

W pierwszym sezonie w najwyższej klasie rozgrywkowej Towers zapłacili tak zwane frycowe. Kiedy liga w marcu została przerwana z powodu koronawirusa niemiecka drużyna zajmowała ostatnie miejsce w tabeli z bilansem 3-17. Władze Bundesligi postanowiły jednak, że przez szczególne okoliczności nie dojdzie do spadków, przez co drużyna z Hamburga się utrzymała. Po rozczarowujących wynikach, z klubem pożegnał się jednak ówczesny selekcjoner reprezentacji Polski Mike Taylor. W poprzednim sezonie nasz najbliższy rywal radził sobie już znacznie lepiej, między innymi po raz pierwszy w historii awansując do play-offów. W ćwierćfinale hamburczycy musieli już jednak uznać wyższość Alby Berlin, późniejszego mistrza Niemiec.

W tym roku Hamburg po raz pierwszy został zaproszony do gry w europejskich pucharach. Na dodatek niemiecki zespół od razu dostał możliwość zaprezentowania się w prestiżowym EuroCupie. Na razie podopieczni Pedro Callesa wygrali w tych rozgrywkach tylko jedno spotkanie z Lietkabelisem Panevezys. Znacznie lepiej drużyna radzi sobie na krajowym podwórku. Po przerwie na mecze reprezentacyjne Towers zaliczyło kolejną cenną wygraną. Po bardzo ofensywnym meczu hamburczycy pokonali Löwen Braunschweig 103:92. Tym samym z bilansem 6-3 zajmują oni aktualnie czwarte miejsce w Bundeslidze.

Liderami zespołu są w tym sezonie Amerykanie Caleb Homesley i Jaylon Brown oraz Estończyk Maik Kotsar. Ten ostatni jednak dopiero niedawno wrócił do gry po ostatnich problemach z ramieniem. Bardzo ważną rolę w drużynie pełnią również najlepsi niemieccy koszykarze Robin Christen i Justus Hollatz. Drugi z wymienionych zawodników jest jedną z największych nadziei niemieckiej koszykówki. W poprzednim sezonie Hollatz został wybrany najlepszym młodym zawodnikiem Bundesligi. Poza tym 20-latek odgrywa też już coraz ważniejszą rolę w reprezentacji narodowej. Podczas ostatniego okienka Justus w obu spotkaniach niemieckiej kadry wychodził w pierwszej piątce, zdobywając w nich w sumie 17 punktów.

Śląsk, podobnie jak drużyna z Hamburga, bardzo efektownie wróciła do rywalizacji ligowej. Wrocławianie już przed przerwą reprezentacyjną złapali dobry rytm i zaczęli odwracać swój bardzo niekorzystny bilans z początku sezonu. Dzięki czterem zwycięstwom z rzędu nadrobili już znaczną część strat do rywali. Po przerwie nie zamierzają się jednak zatrzymywać, czego dowodem był piątkowy mecz w Orbicie. WKS od początku do końca kontrolował spotkanie z PGE Spójnią Stargard, które ostatecznie wygrał 105:90. Tym samym Trójkolorowi mogą się aktualnie pochwalić serią pięciu kolejnych wygranych.

Korzystne wyniki są też oczywiście odzwierciedleniem znacznie lepszej gry w ostatnich kilku tygodniach. Od kiedy do klubu przyszedł Andrej Urlep diametralnie poprawiła się gra Śląska zarówno w obronie, jak i w ataku. O ile w defensywie na przestrzeni całego spotkania zdarzają się jeszcze pewne przestoje i niedociągnięcia, tak w ofensywie Śląsk w ostatnim czasie naprawdę imponuje. W końcu widać w drużynie odpowiednie zgranie i chęć do zespołowej gry, czego efektem było między innymi 30 asyst przeciwko GTK czy też rekordowe 36 asyst przeciwko Spójni. Następnie świetną pracę kolegów wykańczać mogą chociażby Travis Trice na obwodzie lub też Aleksander Dziewa pod koszem.

– Musimy zagrać swoją koszykówkę, czyli zagrać twardo w obronie, żeby nie dać się otworzyć ich najlepszym zawodnikom oraz poprawnie w ataku. Na pewno jest jakaś frustracja, że nie wygraliśmy w EuroCupie jeszcze żadnego meczu, lecz teraz mamy spotkanie z zespołem z Hamburga, które jest dla nas najlepszą szansą, żeby zaliczyć to pierwsze zwycięstwo. Przede wszystkim liczy się teraz skupienie i pełna koncentracja na najbliższym rywalu – tak przed starciem z Hamburg Towers mówi Dziewa.

Mimo falstartu na początku sezonu, Trójkolorowi zaczęli wygrywać w Energa Basket Lidze i przez to ich pozycja w tabeli wygląda coraz lepiej. Teraz nadszedł czas, aby to samo zrobić w europejskich pucharach i w końcu poprawić swoją nieciekawą sytuację w rozgrywkach 7DAYS EuroCup. Śląsk jest ostatnią drużyną, która nie wygrała jeszcze żadnego spotkania, jednak może się to zmienić już w tę środę, kiedy to w Orbicie wrocławianie podejmą również nie najlepiej spisujący się Hamburg Towers. Liczymy, iż nasi kibice po raz ostatni licznie wypełnią halę przy ul. Wejherowskiej podczas meczu EuroCupu, zanim zmagania te przeniosą się do Hali Stulecia.

Koszykarze Śląska Wrocław wygrali po raz piąty z rzędu w Energa Basket Lidze i po raz drugi z kolei przekroczyli barierę 100 zdobytych punktów. Tym razem podopieczni Andreja Urlepa pokonali PGE Spójnię Stargard 105:90, kontrolując przebieg spotkania od pierwszej do ostatniej kwarty. Kolejny świetny występ zanotował Aleksander Dziewa, który zdobył 26 punktów.

Do piątkowego starcia w 13. kolejce Energa Basket Ligi WKS przystępował w niemal najmocniejszym zestawieniu. Brakowało jedynie zmagającego się z lekkim urazem kolana Cyrila Langevine'a, którego w składzie zastąpił debiutujący na parkietach PLK Martins Meiers. Z kolei w miejsce Jana Wójcika do meczowej dwunastki wskoczył Szymon Tomczak. Znalazł się w niej także Łukasz Kolenda, który jednak nie wyszedł na parkiet z powodu drobnych problemów zdrowotnych, których nabawił się podczas zgrupowania reprezentacji Polski. Wrocławianie przystępowali do meczu w roli faworyta nie tylko dlatego, że mecz rozgrywany był we wrocławskiej hali Orbita, ale również dlatego, że mieli za sobą serię czterech zwycięstw z rzędu. Z kolei przyjezdni ze Stargardu mieli na koncie dwie porażki z kolei, w tym bardzo wysoko na własnym parkiecie z Zastalem (53:96). Podopieczni Andreja Urlepa chcieli więc zapisać na swoim koncie piąte zwycięstwo z rzędu, natomiast zawodnicy Marka Łukomskiego liczyli na przełamanie.

Trójkolorowi mecz rozpoczęli w następującym zestawieniu: Travis Trice, Kodi Justice, Ivan Ramljak, Michał Gabiński oraz Aleksander Dziewa. Pierwsza piątka stargardzian to natomiast to Tomasz Śnieg, Daniel Szymkiewicz, Admon Gilder, Justin Gray i Piotr Niedźwiedzki. W mecz lepiej weszli goście, którzy po punktach Szymkiewicza objęli prowadzenie. Na jego akcję odpowiedział rzutem z półdystansu Trice, ale po chwili Spójnia ponownie wróciła na prowadzenie, a po niespełna półtorej minuty prowadziła już 6:2.

WKS jednak stosunkowo szybko złapał dobry rytm, w czym pomógł bardzo dobry fragment Ramljaka - Ivan najpierw trafił zza łuku, a potem asystował przy punktach Dziewy i po trzech minutach gry było 9:6 dla gospodarzy. To dodatkowo nakręciło Wojskowych, którzy zaliczyli w niespełna minutę run 9:0 i po nieco ponad 5 minutach na tablicy widniał wynik 21:8. Trener Łukomski zmuszony był więc poprosić o przerwę. Nawet to nie pobudziło do lepszej gry Spójni, a absolutny koncert rozgrywali wrocławianie na czele z Dziewą, który po 8 minutach gry miał na koncie już 12 punktów, a Śląsk miażdżył rywala aż 35:12. Trice nie pozostawał jednak dłużny i tuż przed końcem 1Q uzbierał już 15 "oczek". Ostatecznie ta fenomenalna ofensywnie kwarta w wykonaniu Trójkolorowych zakończyła się prowadzeniem 37:20.

Drugie 10 minut w piątce rozpoczął Kacper Gordon, który już na wstępie przywitał się z wrocławską publicznością skutecznym wjazdem pod kosz. Chwilę później pierwsze oficjalne punkty w hali Orbita zdobył Martins Meiers i Wojskowi utrzymywali wysokie prowadzenie (41:25). W 2Q tempo dość mocno spadło z obu stron, ale jest to całkowicie zrozumiałe, jeżeli weźmiemy pod uwagę fakt, że Trójkolorowi niemalże bez przerwy prowadzili różnicą około 20 punktów. Mimo wszystko kapitalna ofensywnie gra WKS-u sprawiła, że już po 15 minutach wrocławianie mieli na koncie 50 "oczek", przy zaledwie 32 przeciwnika.

Na niespełna półtorej minuty przed końcem pierwszej części gry Śląsk prowadził już 62:40 i trener Łukomski postanowił wykorzystać przerwę, by móc porozmawiać z zespołem. Po czasie Wojskowi zaliczyli słabszy fragment, który momentalnie wykorzystali stargardzianie, trafiając dwie trójki z rzędu i zmniejszając prowadzenie gospodarzy; tym razem o przerwę poprosił Andrej Urlep. Wrocławianie zakończyli drugą kwartę fenomenalnie - kapitalny blok Kerema Kantera w kontrze na punkty zamienił Dziewa i po 20 minutach Śląsk prowadził 64:46.

Fenomenalną pierwszą połowę rozegrali Dziewa (18 punktów, 7/7 z gry, 4 asysty, 8 fauli wywalczonych), Trice (14 punktów, 8 asyst) czy Kanter (13 punktów, 4 zbiórki, 3 asysty). Cały zespół wyglądał jednak wybitnie w ataku, czego nie można powiedzieć o obronie. Aż 46 rzuconych "oczek" przez przyjezdnych to zdecydowanie za dużo, nawet jak na tak wysokie prowadzenie i tak naprawdę do pełni szczęścia potrzebne było jedynie poprawienie dyspozycji w obronie.

Trzecią ćwiartkę od celnego rzutu zza łuku rozpoczął kapitan Michał Gabiński, ale goście nie pozostali dłużni i po niespełna 120 sekundach gry wrocławianie prowadzili 67:51. Trójkolorowi wyszli jednak po przerwie ewidentnie nieskoncentrowani, co pozwoliło rywalom nadgonić trochę punktów i przy stanie 67:56 szkoleniowiec WKS-u poprosił o czas. Chwila odpoczynku dobrze wpłynęła na Wojskowych, którzy ponownie weszli na wysoki poziom skuteczności i o ile nie podwyższali bezpiecznej przewagi, o tyle udawało im się ją utrzymywać i na 3:30 przed końcem tej ćwiartki prowadzili 74:64.

Ta część gry była już jednak dużo słabsza ofensywnie z obu stron, przez co mecz nieco stracił na atrakcyjności. Nie brakowało za to akcentów w obronie, jak chociażby świetny blok Jakuba Karolaka na Śniegu. Niemoc w ataku Śląska przerwał natomiast Meiers, a chwilę później dwa kolejne "oczka" dorzucił Ramljak i było 78:66. Później kolejne cztery punkty dorzucił łotewski środkowy WKS-u, a na sam koniec popisał się blokiem i tym samym ustalił wynik po 30 minutach na 82:66.

Ostatnią odsłonę trójką po zespołowej akcji rozpoczął Trice, ale chwilę później akcją 2+1 odpowiedział Gray i dystans pomiędzy zespołami się nie zmieniał. Zarówno Śląsk, jak i Spójnia nie imponowały skutecznością w pierwszych minutach - brakowało celności, w związku z czym atmosfera spotkania zdecydowanie zmalała. Trójkolorowi ewidentnie chcieli dograć ten mecz możliwie jak najniższym kosztem, natomiast stargardzianie długimi fragmentami po prostu nie potrafili przedrzeć się pod kosz. Najlepszym potwierdzeniem tych słów jest blok Ramljaka na dużo wyższym i silniejszym Niedźwiedzkim.

Fenomenalnie w końcówce ponownie zafunkcjonował duet Dziewa-Trice, którzy na niespełna 4 minuty przed końcem meczu mieli wspólnie aż 49 punktów na koncie, czyli więcej niż połowa zdobyczy całego zespołu (96). Drugie życie wstąpiło również w Justice'a, który trafił dwie trójki z rzędu i na półtorej minuty przed końcem meczu Śląsk przekroczył granicę 100 punktów (102:85). Ostatnim akcentem piątkowego popołudnia był celny rzut zza łuku Karolaka, który ustalił wynik na 105:90.

Na wyróżnienie w piątkowym meczu zasługuje przede wszystkim świetna gra zespołowa całej drużyny Śląska Wrocław. 36 asyst to absolutny rekord Energa Basket Ligi w tym sezonie - drugi w tej klasyfikacji HydroTruck miał ich na koncie "tylko" 30 w meczu z Arged BM Stalą Ostrów Wielkopolski. Pochwalić na pewno trzeba jednak kilku wyróżniających się zawodników. Aleksander Dziewa zanotował kolejny świetny mecz, który zakończył z 26 punktami (11/14 z gry), 5 zbiórkami i 4 asystami. Double-double na swoim koncie zapisał Travis Trice (24 punkty, 11 asyst). Z kolei o krok od... triple-double był Ivan Ramljak - autor 9 punktów, 11 zbiórek i 11 asyst.

- To nie był dla nas łatwy okres, bo część zawodników była na kadrze lub zmagała się z lekkimi kontuzjami. Muszę jednak pogratulować moim graczom, którzy pokazali charakter, szczególnie na początku spotkania. Jestem bardzo zadowolony z tego, jak dzieliliśmy się piłką, o czym świadczy liczba asyst. Nieco gorzej było w obronie, ale mogło to wynikać z mniejszej rotacji na obwodzie. Pozwoliliśmy rywalom rzucić parę trójek, przy których w normalnej sytuacji zawodnicy byliby lepiej ustawieni w obronie. Dziękuję kibicom za wsparcie. Jeśli będzie ich jeszcze więcej na meczach, na pewno będzie grało nam się łatwiej - mówił na pomeczowej konferencji prasowej trener Śląska, Andrej Urlep.

Znakomita ofensywa, świetne dzielenie się piłką i nieco gorsza obrona. Wierzymy, że te dwie pierwsze cechy pokażemy także w kolejnych spotkaniach, a nad tą ostatnią Andrej Urlep i jego drużyna będą pracować w nadchodzących tygodniach. Po przekonującym zwycięstwie ze Spójnią Trójkolorowi po raz pierwszy w tym sezonie mogą pochwalić się dodatnim bilansem w lidze: 7 zwycięstw i 6 porażek. WKS to obecnie jedna z najlepiej grających drużyn Energa Basket Ligi, która krok po kroku zbliża się do czołówki tabeli. Najbliższy ligowy mecz Śląsk rozegra 12 grudnia w Radomiu, a wcześniej - w środę - zmierzy się w hali Orbita z Hamburg Towers w 6. kolejce 7DAYS EuroCup. Bilety na to spotkanie możecie kupić w serwisie Abilet.pl lub na naszej stronie internetowej w zakładce "KUP BILET". Od poniedziałku znajdziecie tam także mini-karnety na świąteczno-noworoczne spotkania Trójkolorowych w legendarnej hali Stulecia. Do zobaczenia, hej Śląsk!









WKS Śląsk Wrocław pewnie pokonał GTK Gliwice 106:74 w meczu 12. kolejki Energa Basket Ligi. Trójkolorowi już na początku spotkania odskoczyli rywalom na kilkadziesiąt punktów i utrzymywali bezpieczną przewagę do ostatniej syreny. Wygrana pozwoliła Wojskowym wyrównać bilans zwycięstw i porażek oraz awansować na 6. miejsce w tabeli.

Trener Andrej Urlep w pierwszej piątce wystawił identyczny skład, jak w ostatnim ligowym meczu z Legią Warszawa: Travis Trice, Łukasz Kolenda, Ivan Ramljak, Michał Gabiński i Cyril Langevine. W porównaniu do EuroCupowego meczu w Trydencie w wyjściowym ustawieniu zabrakło Kerema Kantera. Na ławce rezerwowych WKS-u w roli asystenta Andreja Urlepa po raz pierwszy zasiadł dobrze znany we Wrocławiu Robert Skibiniewski.

Gospodarze idealnie rozpoczęli spotkanie. Już w pierwszej akcji za trzy punkty trafił Ivan Ramljak. Chwilę później Chorwat zanotował też zbiórkę pod własnym koszem i zdobył kolejne dwa oczka spod kosza rywali. GTK pierwszy punkt rzuciło po rzutach wolnych podyktowanych za niesportowy faul Michała Gabińskiego. Przełamanie dodało gliwiczanom wiatru w żagle i szybko doprowadzili do remisu 5:5. Na szczęście nie zawodził Ramljak, który trafił kolejny rzut z dystansu i Wojskowi znów prowadzili. Reprezentant Chorwacji był bez wątpienia najlepszym zawodnikiem Śląska w pierwszych minutach spotkania.

W połowie kwarty zza łuku trafił Filip Put i znów był remis. W kolejnej akcji goście wyszli nawet na dwupunktowe prowadzenie za sprawą Jabarie Hindsa. Wtedy sprawy w swoje ręce wziął Kerem Kanter, który popisał się akcją 2+1. To obudziło zespół wrocławian. W końcówce kwarty najpierw dwutaktem dwa oczka zdobył Travis Trice, a następnie dwa razy dobrze pod koszem zachował się Aleksander Dziewa i prowadziliśmy 17:11. Goście z kolei byli bardzo nieskuteczni w ataku i przez kilka minut nie potrafili powiększyć swojego dorobku. Ostatecznie pierwsza część spotkania zakończyła się wynikiem 20:11 dla WKS-u.

Drugą kwartę Śląsk zaczął podobnie, jak pierwszą. Tym razem za trzy trafił Jakub Karolak. W kolejnej akcji faulowany był Kanter i pewnie wykonał dwa rzuty wolne. Po 72 sekundach gry na tablicy widniało już 25:11 dla gospodarzy. W końcu przełamali się też goście, którzy w krótkim czasie odrobili cztery oczka. Śląsk odpowiedział efektownym „no-look passem” Łukasza Kolendy do skutecznego pod koszem Dziewy. Następnie znów za trzy trafił Karolak i Trójkolorowi prowadzili już 30:15. Po trójce Kodiego Justice’a i 18-punktowej stracie do WKS-u o czas poprosił szkoleniowiec gości – Robert Witka.

Time-out przyniósł pozytywne efekty, bo Matt Williams niemal od razu po przerwie trafił zza łuku. Ale potem po dwa oczka zdobyli Karolak i Kanter i wszystko wróciło do „normy”. Po sześciu minutach gry było już 39:18 dla WKS-u. Prowadzenie podwyższyli jeszcze Trice (z dystansu) i Langevine (spod kosza). Przy wyniku 44:18 trener Witka poprosił o kolejny czas. Podziałało, bo tym razem GTK udało się zdobyć 4 oczka z rzędu i… o czas poprosił trener Andrej Urlep. W końcówce wrocławianie całkowicie zdominowali wydarzenia na parkiecie. Wsadem popisał się Karolak, a równo z syreną za trzy trafił Trice. Pierwszą połowę Śląsk wygrał 53:23.

Drugą połowę otworzył Dziewa, który hakiem zdobył 2 punkty. Następnie bardzo dobrze w kontrataku zachował się Kolenda, który przeprowadził akcję 2+1. Gościom udało się odrobić co prawda część strat za sprawą trójek Puta i Hindsa. W szeregach Trójkolorowych nie próżnował jednak Kanter, który w mniej więcej 2,5 minuty rzucił aż 11 punktów!

Śląsk całkowicie kontrolował wydarzenia na parkiecie i utrzymywał ponad 30-punktowe prowadzenie. Nerwowo zrobiło się dopiero, kiedy Williams popełnił faul niesportowy na Kacprze Gordonie. Młody rozgrywający został uderzony łokciem w twarz i niestety musiał opuścić boisko z rozciętym łukiem brwiowym. W końcówce kwarty GTK odrobiło jeszcze kilka punktów, strata jednak wciąż była bardzo duża. Trzecia kwarta zakończyła się wynikiem 79:46 dla Trójkolorowych.

Początek ostatniej partii nie był dla nas udany. Goście w 2 minuty rzucili 6 punktów, a my 0. W dodatku z urazem z boiska zszedł Cyril Langevine. Impas przerwał Karolak, który po raz trzeci w tym meczu trafił za trzy. Nasz rzucający zdobył chwilę później jeszcze dwa oczka i znów prowadziliśmy równo 30 punktami. GTK nie dawało jednak za wygraną. Gliwiczanie za wszelką cenę chcieli jak najlepiej zaprezentować się w tej kwarcie i odrobili sporo punktów. Po 4 minutach grania było już „tylko” 86:62, nasi zawodnicy popełniali sporo prostych błędów i nic dziwnego, że trener Urlep wziął czas.

Po przerwie na żądanie po 2 punkty dla Śląska zdobyli Dziewa, a następnie pierwszy raz w tym sezonie Kacper Marchewka. Dziewa popisał się jeszcze celnym rzutem zza łuku. Wrocławianie znów rozkręcali się z akcji na akcję. Bardzo efektownym reverse-dunkiem popisał się Jan Wójcik. Ale nie próżnował też Olek, który również trafił wsadem. Za trzy punkty rzucił z kolei Gabiński. Po kolejnych punktach spod kosza Wójcika i Gabiego udało się odzyskać ponad 30-punktowe prowadzenie. Ostatecznie Śląsk zasłużenie wygrał 106:74.

Oczywiście trzeba pamiętać, że w niedzielne popołudnie Trójkolorowi mierzyli się z ostatnią drużyną w tabeli Energa Basket Ligi. Nie zmienia to jednak faktu, że był to bardzo dobry i efektowny mecz Śląska, a pod wieloma względami nawet rekordowy. 30 asyst zespołu to najlepszy wynik tego sezonu PLK, który… jeszcze tego samego dnia wyrównał HydroTruck Radom w meczu ze Stalą Ostrów Wielkopolski. 106 zdobytych punktów to z kolei najwyższa zdobycz naszej ekipy w obecnych rozgrywkach. Ponadto najlepsze zawody w tym sezonie rozegrał Aleksander Dziewa (24 punkty, 10/11 z gry, 7 zbiórek), a z bardzo dobrej strony pokazali się też Kerem Kanter (20 punktów, 5 asyst) i Jakub Karolak (19 punktów, 6/7 z gry, 3/4 za 3).

– Musieliśmy podejść do tego meczu poważnie i tak też zrobiliśmy. Na początku spotkania byliśmy za bardzo spięci, ale potem rozkręciliśmy się i do czwartej kwarty graliśmy bardzo dobre spotkanie. W końcówce popełniliśmy parę błędów w ofensywie i odpuściliśmy w obronie, co rywale wykorzystali w szybkim ataku. Muszę jednak przyznać, że jestem bardzo zadowolony z występu moich zawodników – powiedział na pomeczowej konferencji prasowej trener Śląska, Andrej Urlep.

– Cieszę się z tego zwycięstwa, bo takie mecze są szczególnie niełatwe dla zawodników. Kiedy trzeba wygrać, presja jest większa. Szczególnie satysfakcjonuje nas 30 asyst, bo to pokazuje, że we Wrocławiu kształtuje się fajny zespół, który umie dzielić się piłką. Przed nami przerwa reprezentacyjna, mamy więc kilka dni na odpoczynek, a następnie wracamy do naszych obowiązków – dodawał Michał Gabiński.

Tak jak powiedział kapitan Trójkolorowych, przed nami jedenastodniowa przerwa od meczów pierwszej drużyny. Olek Dziewa, Kuba Karolak i Łukasz Kolenda spędzą ją na zgrupowaniu reprezentacji Polski, która zmierzy się z Izraelem i Niemcami. Dodatkowo na trzy dni treningów w Lublinie zaproszony został Jan Wójcik, podobnie jak kilku innych młodych zawodników z Energa Basket Ligi. Najbliższe spotkanie ligowe czeka nas więc dopiero 3 grudnia, kiedy w hali Orbita o 17:30 zmierzymy się z PGE Spójnią Stargard. W międzyczasie zapraszamy was na mecz Suzuki 1. Ligi Mężczyzn do hali Kosynierka – w najbliższą środę o 18:00 TBS Śląsk II Wrocław zagra z Rawlplug Sokołem Łańcut. Bilety kupicie tylko online pod adresem bit.ly/BiletyWKS i na naszej stronie internetowej w zakładce „KUP BILET”.

Przerwę reprezentacyjną spędzimy pod znakiem cyfry „6” w ligowej tabeli. Z bilansem 6 zwycięstw i 6 porażek zajmujemy bowiem obecnie 6. miejsce w klasyfikacji drużyn PLK. Jesteśmy pewni, że to nie koniec wspinania się w górę tabeli i po powrocie do gry zaatakujemy czołowe pozycje Energa Basket Ligi!





Robert Skibniewski, który jako zawodnik w barwach Trójkolorowych rozegrał 11 sezonów, po dwóch latach wraca do drużyny WKS-u w nowej roli. Popularny „Skiba” do końca sezonu będzie pełnił rolę asystenta trenera Urlepa. Witamy ponownie i trzymamy kciuki!

Roberta Skibniewskiego śmiało można zaliczyć do grona prawdziwych legend koszykarskiego Śląska Wrocław. W barwach Trójkolorowych rozegrał w sumie 11 sezonów, zdobywając trzy medale mistrzostw Polski (złoty – 2002, srebrny – 2004, brązowy – 2003), trzy Puchary Polski oraz kilka medali w rozgrywkach młodzieżowych. Był także wicemistrzem Polski z PGE Turowem Zgorzelec (2008) oraz zdobył Puchar Polski z Polpharmą Starogard Gdański (2009). Trzykrotnie wystąpił w Meczu Gwiazd PLK i wiele lat grał w reprezentacji Polski, z którą czterokrotnie wziął udział w Mistrzostwach Europy.  Z sukcesami występował również na parkietach Czech i Słowacji.

Swoją trenerską karierę „Skiba” także zaczynał w Śląsku, gdzie w sezonie 2018/2019 łączył występy na parkietach 1. Ligi z rolą asystenta trenera Radosława Hyżego. Następnie jako pierwszy szkoleniowiec prowadził Polpharmę Starogard Gdański i czeski BK Ołomuniec. Teraz Robert będzie pomagał trenerowi Urlepowi, pod wodzą którego… stawiał pierwsze kroki w zawodowym baskecie.

Skibniewski na stanowisku asystenta zastąpi Wojciecha Zeidlera, któremu dziękujemy za współpracę i życzymy powodzenia w dalszej karierze.

Śląsk Wrocław przegrał po dogrywce 77:81 z Dolomiti Energia Trento w wyjazdowym meczu 5. kolejki 7DAYS EuroCup. Trójkolorowi prowadzili przez większość spotkania, ale w końcowych minutach niestety nie byli w stanie przechylić szali zwycięstwa na swoją stronę. 17 punktów i 15 zbiórek zanotował Kerem Kanter.

Trójkolorowi rozpoczęli spotkanie piątką Travis Trice, Łukasz Kolenda, Ivan Ramljak, Kerem Kanter i Cyril Langevine - doszło więc w niej do jednej zmiany: Kerem zastąpił Michała Gabińskiego. Ponadto w składzie meczowym Śląska po raz pierwszy znalazł się zakontraktowany niedawno Łotysz Martins Meiers.

Gospodarze rozpoczęli mecz od celnych rzutów zza łuku Johnathana Williamsa i Camerona Reynoldsa, dzięki którym wysunęli się na kilkupunktowe prowadzenie. Śląsk odpowiedział dwoma ładnymi podaniami Trice'a, po których łatwe punkty zdobyli Langevine i Kanter. Chwilę później firmowym przechwytem popisał się Ramljak, a kolejne oczka po asyście Travisa zanotował Kerem. Ogólnie rzecz biorąc Trójkolorowi mieli jednak spore problemy ze skutecznością i w połowie pierwszej kwarty przy stanie 6:12 trener Andrej Urlep poprosił o czas. Przerwa na żądanie w połączeniu ze zmianami przyniosła oczekiwane rezultaty - chwilę po wejściu na parkiet pierwsze punkty i blok w barwach WKS-u zanotował Meiers. Wojskowi znacznie poprawili także grę w obronie, odcinając gospodarzom wszelkie drogi do zdobywania punktów. W ofensywie z kolei zawodnicy Śląska wywalczyli kilka rzutów wolnych i dzięki ich skutecznej egzekucji wyrównali stan spotkania. W kapitalnym stylu pierwszą część gry zakończył Jakub Karolak, który dwukrotnie trafił zza łuku - drugi raz równo z syreną kończącą kwartę! Po 10 minutach Śląsk prowadził 23:16.

Po krótkiej przerwie Wojskowi zaliczyli mały przestój, który zakończyły kolejne punkty Meiersa i efektowny wjazd pod kosz Kolendy. Jeszcze bardziej widowiskowy był jednak wsad z faulem Desonty Bradforda, po którym na tablicy wyników ponownie widniał remis. Następne minuty to dobry okres gry defensywnej WKS-u - podopieczni Emanuele Molina często uciekali się do rzutów z dystansu, które nie były nawet blisko celu. Śląsk również miał problemy ze zdobywaniem punktów, a piłka po rzutach Kolendy czy Trice'a bardzo pechowo "wyskakiwała" z obręczy. Pięć punktów dla Trójkolorowych z rzędu zdobył Aleksander Dziewa, ale po trójce Camerona Reynoldsa Dolomiti Energia Trento wróciła na prowadzenie (33:32). Ten stan rzeczy nie trwał jednak długo - po celnym rzucie z półdystansu Justice'a i punktach z linii Dziewy oraz Ramljaka to WKS schodził do szatni wygrywając 38:34. Śląsk w pierwszej połowie słabo rzucał za trzy (2/13) i nieznacznie przegrywał zbiórkę (19-23), ale wywalczył aż 16 rzutów wolnych, które zamienił na 14 punktów. Oczka na swoim koncie przez 20 minut zapisało aż ośmiu Trójkolorowych, a więc wszyscy zawodnicy z Wrocławia, którzy pojawili się na boisku oprócz - co zaskakujące - Travisa Trice'a.

Co los zabrał w pierwszej połowie, oddał w drugiej. Tym razem po rzucie z dalekiego dystansu Kolendy piłka szczęśliwie odbiła się od obręczy i wpadła do kosza, a chwilę później Łukasz zdobył kolejne punkty. Trento odpowiedziało trójką Reynoldsa i punktami spod kosza Wesley'a Saundersa. Następnie pod presją czasu z półdystansu trafił Ramljak, a dwa rzuty wolne wykorzystał Kanter. Gospodarze nie pozwalali jednak odskoczyć podopiecznym Andreja Urlepa na więcej niż kilka punktów, choć mieli duże problemy z egzekucją rzutów osobistych i czystych pozycji z dystansu. Kolejne punkty dla WKS-u zanotowali Kodi i Kerem, ale czwarty faul popełnił Meiers, co znacznie ograniczyło moc Wojskowych pod koszem. W końcówce kwarty dwa rzuty pod presją zegara trafił jednak Justice, dzięki czemu przed ostatnimi 10 minutami prowadziliśmy 57:51.

Czwarta kwarta zaczęła się od trójki Karolaka i akcji 2+1 oraz celnego rzutu z półdystansu Diego Flaccadoriego. Chwilę później dobry fragment zaliczył Justice, który najpierw przechwycił piłkę i zapewnił łatwe punkty Olkowi Dziewie, a chwilę później wymusił faul w ataku gospodarzy. Następnie po kapitalnym podaniu Kantera na pusty kosz trafił Karolak, ale dwiema celnymi trójkami z rzędu "odwdzięczył się" Flaccadori. Niespełna pięć minut przed końcem meczu drużyna Andreja Urlepa prowadziła 65:62. Niestety w kolejnych akcjach Trójkolorowym brakowało skuteczności, a po zbyt łatwym wjeździe pod kosz Bradforda gospodarze wyrównali stan meczu na 67:67. Na zegarze pozostawały dwie minuty, a w poczynania obu zespołów wkradło się bardzo dużo chaosu i przez dłuższy czas żadna z drużyn nie była w stanie zdobyć punktów. Ten stan rzeczy dopiero 38 sekund przed końcem meczu przerwał Diego Flaccadori, który na domiar złego był faulowany przez Ivana Ramljaka. Włoch na szczęście nie wykorzystał rzutu osobistego, a w kolejnej akcji swoje pierwsze punkty skutecznym wjazdem pod kosz zdobył Travis Trice. Na tablicy widniał wynik 69:69, a do ostatniej syreny pozostawało 25 sekund - gospodarze mieli szansę przeprowadzić akcję na zwycięstwo. Sprawy w swoje ręce znów wziął Flaccadori, ale tym razem jego rzut był dobrze broniony przez Wojskowych i nie znalazł drogi do kosza. W BLM Group Arena czekała nas dogrywka.

Tę zdecydowanie lepiej zaczęli zawodnicy z Trydentu. Najpierw za dwa trafił Williams, a następnie Bradford celnie przymierzył zza łuku pomimo rąk zawodników Śląska przed twarzą. Część strat udało się odrobić, gdy punkty spod kosza zdobył Kanter, ale chwilę później po raz kolejny celnie rzucił Flaccadori. Na domiar złego zza łuku trafił Bradford, co ostatecznie okazało się gwoździem do trumny Śląska. Nadzieje dawały jeszcze punkty Karolaka i Kantera, ale gospodarze za każdym razem potrafili skutecznie odpowiedzieć. Ostatecznie Dolomiti Energia Trento zwyciężyło 81:77.

Pomimo bolesnej porażki na wyróżnienie bez wątpienia zasługuje postawa Kerema Kantera, który zanotował wręcz potężne double-double. Turek zapisał na swoim koncie 17 punktów i 15 zbiórek, a do tego wywalczył aż 8 fauli. 15 oczek zdobył Jakub Karolak, a niezły debiut zaliczył Martins Meiers, autor 11 punktów i 6 zbiórek. Wśród gospodarzy najskuteczniejszy był Diego Flaccadori, który zdobył 22 punkty i trafiał bardzo ważne rzuty w końcowych fragmentach spotkania. Double-double zanotował z kolei Johnathan Williams (17 punktów, 10 zbiórek).

- W czwartej kwarcie brakowało nam pomysłu w ataku i niepotrzebnie forsowaliśmy trudne rzuty. To powodowało naszą frustrację, a równocześnie napędzało przeciwników. Nie potrafiliśmy odpowiedzieć, a w efekcie rywale dogonili nas i zwyciężyli w dogrywce - komentował na gorąco Łukasz Kolenda.

- Mieliśmy kilkupunktową przewagę, ale w końcowych minutach zabrakło nam spokoju. Nasze akcje i decyzje były zbyt szybkie i pochopne, przez co nadzialiśmy się na kilka kontr. Gospodarzy nieco poniosła też publiczność, dzięki czemu udało im się doprowadzić do dogrywki. W niej byliśmy już zdecydowanie gorsi od rywali - dodawał Jakub Karolak.

Porażka w Trydencie boli podwójnie, bowiem - w przeciwieństwie chociażby do poprzedniego meczu z Lokomotiwem - rywal był jak najbardziej w zasięgu Trójkolorowych. Drużynie Andreja Urlepa w końcówce zabrakło jednak wspomnianego spokoju, wyrachowania i - być może - także doświadczenia. Śląsk pozostaje obecnie jedyną drużyną bez zwycięstwa w rozgrywkach 7DAYS EuroCup, jednak głęboko wierzymy, że ten stan rzeczy nie potrwa długo. Wojskowi po raz kolejny o wygraną bili się do ostatnich sekund i mamy nadzieję, że w nadchodzących spotkaniach w końcu uda się wyszarpać upragnione dwa punkty. Tymczasem czeka nas jednak krótka przerwa od europejskich pucharów, a najbliższe spotkanie rozegramy w niedzielę o 17:30 z GTK Gliwice. Bądźcie z nami w hali Orbita w walce o kolejną ligową wygraną - bilety kupicie w serwisie Abilet.pl!

Andrej Urlep ponownie nominował do pierwszej piątki Travisa Trice'a, Łukasza Kolendę, Ivana Ramljaka, Michała Gabińskiego i Cyrila Langevine'a. W meczu z Lokomotiwem do rotacji wrócił już Jakub Karolak, który spotkanie w Warszawie przesiedział na ławce rezerwowych ze względu na kontuzję. W składzie zabrakło natomiast jeszcze najświeższego nabytku WKS-u, Martinsa Meiersa.

Początek meczu pokazał, że Śląsk mimo roli “underdoga” nie zamierza odpuścić swoim rywalom choćby na sekundę. Jednak trzeba zaznaczyć, jak ogromną różnicę już od pierwszych minut na parkiecie robił Errick McCollum. 33-letni rzucający Lokomotiwu w pierwszych minutach zdobył aż siedem punktów i swoją jakością imponował nawet najbardziej zatwardziałym sympatykom Śląska. Całe szczęście jego krótkie show nie speszyło wrocławian, którzy nie pozwolili rywalom z Rosji na zbudowanie wysokiej przewagi. Wszystko dzięki dobrej organizacji gry ofensywnej, za którą stał między innymi Travis Trice.

Niestety, ale wiele do życzenia pozostawiała obrona, gdyż jej największy as, czyli Ivan Ramljak, w krótkim czasie uzbierał aż dwa faule. Przez niefrasobliwość całej drużyny pod własnym koszem na cztery minuty przed końcem Lokomotiw prowadził już dziesięcioma punktami i każdy faul Śląska skutkował rzutami wolnymi. Bardzo trudny moment gospodarzy przełamał Jakub Karolak, który w niezwykle ważnym momencie skutecznie rzucił “zza łuku”. To wszystko w ostatecznym rozrachunku jednak zdało się na nic i wrocławianie pierwszą kwartę zakończyli, przegrywając 17:27.

Pierwsze minuty Śląska w drugiej kwarcie były bardzo trudne. Widowiskowa akcja zwieńczona rzutem Dziewy zapowiadała niezły okres gry wrocławian, lecz klasa rywali dała o sobie znać. Wcześniej wspomniany Olek nie radził sobie pod koszem ze znakomitym Johnathanem Motley'em i - co gorsza - wróciły demony z poprzednich spotkań, czyli duża ilość głupich strat. Błędy zaczął popełniać między innymi Łukasz Kolenda, który w ostatnim czasie miewa spore problemy z piłką u ręki. Wejście Trice’a na parkiet również nie odmieniło losów spotkania.

Lokomotiw sunął niczym rozpędzony pociąg i z 27:17 nagle zrobiło się 41:19. Rosyjski zespół był bezlitosny i karał Śląska za każdy, choćby najmniejszy błąd. Trzeba jednak oddać naszym koszykarzom, że nawet w tak beznadziejnym momencie nie składali broni. Bardzo starał się Travis Trice, który w przeciągu dwóch szybkich akcji zdobył pięć punktów. Amerykanin był tego dnia motorem napędowym trzeciej siły w Polsce i robił wszystko, by jego drużyna wróciła do gry. I rzeczywiście wyglądało to nieco lepiej, ale niestety nie na tablicy wyników. Goście z Krasnodaru do przerwy prowadzili aż 49:32.

Śląsk w drugą połowę wszedł wielce zmotywowany przez Andreja Urlepa i na efekty nie trzeba było długo czekać. W niecałą minutę koszykarze z Wrocławia zdobyli cztery punkty, przez co przewaga Lokomotiwu nieco stopniała. Po wspaniałym przechwycie i skutecznym szybkim ataku Ivana Ramljaka hala Orbita eksplodowała. Śląsk przegrywał dwunastoma punktami i trener Jewgienij Paszutin poprosił o czas.

Wrocławianie w trzeciej kwarcie grali naprawdę dobrze, ale brakowało skuteczności. Wspominaliśmy wcześniej, że klub z Krasnodaru nie odpuszczał choćby najmniejszego błędu i tak było też tym razem. Defensywa Śląska nie potrafiła znaleźć sposobu na Erricka McColluma, który w 24 minuty rzucił aż 22 punkty. Brat obrońcy Portland Trail Blazers był tego wieczoru niesamowity.

Trzeba pochwalić również Łukasza Kolendę, gdyż na pozycji rzucającego ten zawodnik gra naprawdę imponująco. Po wejściu na parkiet prezentował się co najmniej przyzwoicie i był niezwykle skuteczny. To niestety okazało się zbyt mało na świetnie dysponowanych koszykarzy Lokomotiwu. Po zakończeniu trzeciej kwarty McCollum i spółka prowadzili 71:51.

Pierwsze akcje czwartej kwarty to koncert umiejętności rzutów za trzy w wykonaniu Lokomotiwu. Dzięki świetnej skuteczności podopieczni trenera Paszutina uzyskali sporą przewagę, której już nie mogli zaprzepaścić. W pewnym momencie na parkiecie pojawił się Ivan Paunić, który w barwach Serbii świętował zdobycie brązowego medalu Eurobasketu właśnie w Polsce.

Wrocławianom do samego końca nie można było odmówić zaangażowania. Efektowną akcją popisał się Langevine, a chwilę później świetnie za trzy rzucił Kodi Justice. Mecz już i tak nie był do odratowania, więc Andrej Urlep postanowił dać szansę największej nadziei Śląska - Kacprowi Gordonowi. Młody rozgrywający miał pewne problemy w obronie, ale za to dobrze koordynował grę ofensywną, a nawet skutecznie rzucił zza łuku.

Do Gordona w ostatnich minutach dołączyli Jan Wójcik oraz Szymon Tomczak. Młode zestawienie Śląska grało bardzo ambitnie, ale ich postawa defensywna pozostawiała sporo do życzenia. Ostatecznie Śląsk przegrał z Lokomotiwem Kubań Krasnodar 68:98 i na pierwsze zwycięstwo w Europie wciąż musi poczekać.

Klasa gości z Rosji jest widoczna również w pomeczowych statystykach. Zawodnicy trenera Paszutina wygrali zbiórkę (44-39), trafili 42% rzutów zza łuku i wymusili 16 strat Śląska. Najwięcej punktów (22) zdobył Errick McCollum, a wśród Trójkolorowych najskuteczniejszy był Travis Trice (14 punktów i 5 asyst).

- Chciałbym pogratulować Lokomotiwowi. Pokazali, dlaczego są niepokonani w naszej grupie. Mają bardzo dobry skład i nas nie zlekceważyli. Zagrali świetną koszykówkę na sto procent swoich możliwości - krótko skomentował mecz Andrej Urlep na pomeczowej konferencji prasowej.

- Gra w tak prestiżowych rozgrywkach to dla mnie duży zaszczyt i jestem bardzo wdzięczny, że trener dał mi taką możliwość. Ale dzisiaj nie jestem szczęśliwy, bo przegraliśmy mecz i to jest najważniejsze. Będziemy dalej ciężko pracować i próbować wygrać nasze pierwsze spotkanie w EuroCupie, a dzisiejszy celny rzut za trzy punkty jest dla mnie dużą motywacją do dalszej pracy - dodawał Kacper Gordon.

Choć porażka trzydziestoma punktami zawsze jest bolesna, trzeba pamiętać o różnicy klas pomiędzy drużynami, które zmierzyły się ze sobą w hali Orbita. Lokomotiw dysponuje o wiele większym budżetem, mocniejszymi zawodnikami i szerszą rotacją. Jesteśmy jednak pewni, że to spotkanie dla naszych zawodników - szczególnie młodych - będzie bardzo cenną lekcją, która zaprocentuje w przyszłości. A w tej najbliższej czeka nas krótka pauza w rozgrywkach ligowych i przygotowania do kolejnego spotkania w EuroCupie. 17 listopada, czyli w nadchodzącą środę, zmierzymy się na wyjeździe z Dolomiti Energia Trento, które po czterech kolejkach również nie ma na koncie żadnego zwycięstwa. Z kolei do Wrocławia wrócimy 21 listopada na mecz z GTK Gliwice - bądźcie z nami w walce o czwartą ligową wygraną z rzędu!





WKS Śląsk Wrocław pokonał Legię Warszawa 87:73 i zanotował trzecie zwycięstwo z rzędu w Energa Basket Lidze. Trójkolorowi przez niemal cały mecz utrzymywali prowadzenie, a ostatnią kwartę wygrali aż 18-7, zapewniając sobie dwa punkty na wymagającym terenie. Double-double zanotowali Cyril Langevine i Travis Trice.

Przez kontuzję Jakuba Karolaka Śląsk zmuszony był do zmian w pierwszej piątce względem poprzednich meczów. Trener Urlep na boisko zdecydował się posłać następujący skład: Travis Trice, Łukasz Kolenda, Ivan Ramljak, Michał Gabiński oraz Cyril Langevine.

Spotkanie rozpoczęło się z wysokiego C. Już w pierwszej akcji z dystansu trafił Kolenda, a momentalnie odpowiedział mu Abdur-Rahkman. W kolejnych minutach wiodącą postacią na boisku był Langevine, który pod koszem głównie punktował, ale też zbierał dużo piłek i rozdawał asysty. Po drugiej stronie z kolei kompletnie nieskuteczni byli Legioniści, którzy nie byli w stanie zdobyć punktów. Po trójce Ramljaka było już 14:3 i Wojciech Kamiński zmuszony był do wzięcia przerwy na wczesnym etapie meczu. Po niej do gry Śląska wkradło się zdenerwowanie. Trójkolorowi zaliczyli dwie straty z rzędu, które Legia wykorzystała i tym samym zaczęła gonić wynik. Duży wpływ na lepszą postawę gospodarzy miało również wejście na rozegranie Łukasza Koszarka. Po trójce Cowelsa warszawianie przegrywali już tylko jednym punktem. Pod koniec pierwszej kwarty skutecznymi akcjami pod koszem popisali się jeszcze Dziewa oraz Wyka i zakończyła się ona wynikiem 22:21.

Efektownie zaczęła się kolejna część meczu, kiedy po przechwycie piłkę do kosza wsadził Kolenda. Chwilę później wsadem popisał się też Dziewa. Legia tak jak na początku meczu znów się zacięła i przestała trafiać. Wykorzystać postanowili to wrocławianie, którzy po rzucie zza łuku Kolendy prowadzili ośmioma punktami. Chwilę później z dystansu odpowiedział Wyka, ale Legioniści nie byli w stanie zmniejszyć strat w kolejnych akcjach. Bardzo aktywny pod koszem w pierwszej połowie był nasz kapitan Michał Gabiński, który nie tylko był ważnym punktem przy zbiórkach, ale też rzucał ważne punkty. U gospodarzy przez długi czas widoczne były problemy z grą pozycyjną, z kolei Śląsk lepiej niż w poprzednich spotkaniach radził sobie z kreowaniem sytuacji. Trójkolorowi nieraz rozrzucali gospodarzy ciekawymi podaniami, po których dochodzili do pozycji rzutowych. Kiedy wydawało się, że wrocławianie na przerwę zejdą z bezpieczną przewagę, Legia dwukrotnie trafiła za trzy i po pierwszej połowie zespół Urlepa prowadził już tylko 50:47.

Drugą część meczu lepiej rozpoczęli gospodarze, którzy zbliżyli się na zaledwie jeden punkt, lecz oczka Kolendy na obwodzie i Langevine’a pod koszem znów pozwoliły Śląskowi trochę odskoczyć. W następnych akcjach obie ekipy tworzyły sobie dobre pozycje do rzutów, jednak piłka nie chciała wpaść do kosza. Przerwała to akcja, w której najpierw efektownie piłkę uratował Kolenda, a z faulem trafił Trice. Łukasz napędzony dobrze wykonaną robotą chwilę później trafił swoją kolejną w tym meczu trójkę, po której o czas poprosił trener Legii. W tym momencie na tablicy mieliśmy wynik 63:53. Po krótkiej przerwie stołeczni szybko wzięli się za odrabianie strat, jednak Śląsk odpowiedział celnymi rzutami Dziewy oraz Kantera. Tak jak w poprzednich kwartach, tak i teraz końcówka należała do gospodarzy. Zza łuku trafili zarówno Koszarek, jak i Jovanović, a po faulu w ostatniej sekundzie Abdur-Rahkman zdobył dwa punkty z linii rzutów wolnych. Tym samym Trójkolorowi przed ostatnimi dziesięcioma minutami prowadzili 69:66.

Na początku ostatniej ćwiartki mieliśmy już remis po trójce Cowelsa. W Śląsku bardzo odważnie grał Trice, który często czarował swoimi podaniami, ale też zdobywał ważne punkty. Po jednym z jego celnych rzutów wrocławianie znów mieli 6-punktową przewagę. Poza amerykańskim rozgrywającym w ostatniej kwarcie dobrze pod koszem prezentował się również Dziewa. Był on też ważnym elementem jeśli chodzi o zbiórki zarówno w obronie, jak i w ataku. Warto wspomnieć, że w tym elemencie cały zespół wyglądał tego dnia lepiej niż w poprzednich meczach. W ostatnich minutach obie drużyny były bardzo nieskuteczne i przez długi czas nie potrafiły powiększyć zdobyczy punktowej. Ten stan na niecałe dwie minuty przed końcem spotkania przerwał rzutem z dystansu Kolenda. Po tym trafieniu Śląsk prowadził już dziewięcioma punktami. Legia miała co prawda jeszcze sporo czasu, ale do końca meczu warszawianie nie trafili już do kosza (w sumie gospodarze nie zdobyli żadnego punktu w ostatnich siedmiu minutach!) i nie byli w stanie zagrozić Śląskowi. Ostatecznie zwycięstwo efektownym wsadem przypieczętował Dziewa i spotkanie zakończyło się wynikiem 87:73 dla WKS-u!

W statystykach wyróżnia się wyraźna przewaga Śląska na deskach (45-36 w zbiórkach), aż 19 wywalczonych rzutów wolnych przy 7 rywali i aż 26 rozdanych asyst – najwięcej w tym sezonie. Double-double zanotowali Travis Trice (20 punktów, 10 asyst) i Cyril Langevine (13 punktów, 14 zbiórek, 5 asyst). Jednym z bohaterów meczu był też Kolenda – zanotował 19 punktów (5/7 za 3!) i miał najlepszy współczynnik +/- w drużynie: z Łukaszem na parkiecie WKS był aż o 33 punkty lepszy od Legii. Na wyróżnienie zasługuje także Aleksander Dziewa – autor 16 punktów i 7 zbiórek.

– Wiedzieliśmy, że Legia gra bardzo dobrą koszykówkę i będzie to dla nas bardzo trudny mecz. Wyszliśmy na niego skoncentrowani, ale niestety zanotowaliśmy słabe końcówki pierwszej i drugiej kwarty. W najważniejszych momentach zagraliśmy jednak bardzo dobrze w obronie. W końcówce zwyciężyliśmy aż 18-3 i myślę, że przede wszystkim dzięki temu zasłużyliśmy na dwa punkty – komentował na pomeczowej konferencji prasowej Andrej Urlep.

Niezłe występy w 7DAYS EuroCup oraz trzecie z rzędu zwycięstwo w lidze pokazują, że drużyna Śląska Wrocław w końcu zmierza w dobrą stronę. Coraz wyraźniej zaczynają być widoczne cechy zespołów prowadzonych przez Andreja Urlepa: walka o każdą piłkę oraz nieustępliwa obrona w najważniejszych momentach meczu. Mamy nadzieję, że Trójkolorowi utrzymają dobry kurs i potwierdzą rosnącą formę już w najbliższą środę – wtedy do hali Orbita przyjedzie renomowany Lokomotiw Kubań z rosyjskiego Krasnodaru. Przed naszą drużyną piekielnie trudne zadanie, więc tym bardziej liczymy na wasze wsparcie i wspólną walkę o pierwsze zwycięstwo w EuroCupie! Bilety można kupić w serwisie Abilet.pl lub na naszej stronie internetowej w zakładce „KUP BILET”.





W 3. kolejce 7DAYS EuroCup Śląsk Wrocław przegrał na wyjeździe z Turk Telekomem Ankara 73:89. Trójkolorowi długo walczyli z wymagającym rywalem jak równy z równym, lecz decydującą okazała się być ostatnia kwarta, którą wrocławianie przegrali aż 8:21. Naszej drużynie nie pomógł tego dnia nawet świetny występ Travisa Trice’a, który w pewnym momencie w pojedynkę przywrócił nas do meczu.

Śląsk do stolicy Turcji pojechał w najsilniejszym zestawieniu, a Andrej Urlep na boisko zdecydował się posłać następującą piątkę: Łukasz Kolenda, Jakub Karolak, Ivan Ramljak, Kerem Kanter i Cyril Langevine. W pierwszych minutach meczu powróciły do nas niestety demony z Paryża i ponownie po zaledwie paru akcjach było już 0:7. Trener Urlep momentalnie poprosił o przerwę, która na szczęście podziałała, bo zaraz po niej Karolak z dystansu zdobył pierwsze punkty dla Śląska. Z czasem Turk Telekom przestał trafiać i Trójkolorowi byli w stanie szybko odrobić straty z początku meczu. Po trójce Kantera wyszliśmy nawet na prowadzenie 10:9. W kolejnych minutach wynik oscylował wokół remisu, jednak pod koniec kwarty goście podkręcili tempo i wyszli na 7-punktowe prowadzenie. Po kolejnym trafieniu Johnsona spod kosza pierwsza kwarta zakończyła się wynikiem 24:15.

Nasi koszykarze nie weszli zbyt dobrze w kolejną ćwiartkę, ponieważ najpierw za trzy trafiła drużyna turecka, a następnie wrocławianie stracili piłkę w ataku. Sytuacji nie poprawiała również słabsza postawa w obronie, co bezwzględnie wykorzystywali rywale. W pewnym momencie przegrywaliśmy już 13 oczkami, jednak wtedy w niewiarygodny sposób do gry przywrócił nas Travis Trice. Najpierw dwa razy z rzędu trafił zza łuku, a po chwili dorzucił kolejne punkty, tym razem po akcji 2+1 i nasza strata momentalnie stopniała do czterech punktów. Po kolejnych udanych akcjach Trice’a (w sumie zdobył 14! punktów z rzędu i przez kilka minut był jedynym punktującym zawodnikiem na parkiecie) znów objęliśmy prowadzenie 33:32. Potem zaczęli trafiać także inni zawodnicy Śląska, przez co nasza przewaga była już nawet 6-punktowa. W końcówce jednak znów lepiej zagrali gospodarze i po pierwszej połowie prowadziliśmy 42:40.

Po przerwie pierwsi trafili gospodarze i znów w tym spotkaniu mieliśmy remis. W kolejnych akcjach skuteczne były obie drużyny i jeszcze kilkukrotnie na tablicy widniał remisowy wynik. Zawodnicy Turk Telekomu popisywali się głownie grą pod koszem i efektownymi wsadami, a Trójkolorowi odpowiadali chociażby alley-oopem Langevine’a oraz akcją 2+1 Kantera. Po trójce Geyika i kolejnym efektownym wsadzie Dawkinsa Turcy prowadzili pięcioma punktami. W następnych minutach zarówno Śląsk, jak i Turk Telekom obniżył skuteczność i wynik niewiele się zmieniał. Dla wrocławian dwa razy z dystansu trafił w końcu Kodi Justice, jednak nie wystarczało to na zmniejszenie strat, ponieważ punktować zaczęła też drużyna z Ankary. Przewaga Turków przez długi czas oscylowała w okolicach 6-8 punktów, lecz po trójce Trice’a przed ostatnią kwartą przegrywaliśmy już tylko 65:68.

Ostatnie dziesięć minut rozpoczęło się od nieskutecznych akcji po obu stronach. Pierwsi trafili gospodarze, a konkretnie Dawkins, który znów popisał się swoimi umiejętnościami pod koszem. Chwilę później Langevine pokazał, że pod obręczą wcale nie czuję się gorszy i kapitalnie zapakował piłkę nad obrońcą. W tamtym momencie znów traciliśmy do rywali tylko trzy punkty, jednak po dwóch celnych rzutach zza łuku Turk Telekomu, nasza strata w bardzo szybkim tempie urosła do 11 oczek. Co prawda wrocławianie mieli potem kilka okazji na pogoń za rywalem, ale byli mocno nieskuteczni. Nie wychodziły im próby z dystansu, byli blokowani pod koszem lub też sami tracili piłkę po niedokładnych podaniach. Z drugiej strony Turcy wcale nie zamierzali się zatrzymywać i tylko powiększali i tak już znaczną przewagę. W ostatnich dwóch minutach turecka drużyna kontrolowała sytuację na boisku i ostatecznie wygrała spotkanie 89:73.

– Rywale zasłużyli na zwycięstwo, szczególnie po przerwie. Graliśmy bardzo dobrze w drugiej kwarcie, ale po wyjściu z szatni nie byliśmy w stanie zatrzymać przeciwników. Podjęliśmy sporo złych decyzji w ofensywie, co spowodowało łatwe punkty w tranzycji Turk Telekomu. Popełniliśmy dziś zbyt dużo strat, co kosztowało nas porażkę – mówił na pomeczowej konferencji prasowej trener Śląska, Andrej Urlep.

– Przez trzy i pół kwarty mecz był bardzo wyrównany. Byliśmy bardzo blisko przeciwników. Myślę, że w końcówce kluczowe było to, że mieliśmy za sobą naprawdę trudną i wymagającą podróż do Turcji. Dzień przed meczem nie trenowaliśmy, bo cały dzień byliśmy w samolocie i autobusie. Tak to jednak wygląda w europejskich pucharach. Myślę, że w nadchodzących tygodniach możemy sprawić kilka niespodzianek, ale przeciwnicy są naprawdę wymagający i każdy wygrany mecz będzie dla nas wielką sprawą – dodawał Michał Gabiński.

Wydawało się, że dla Śląska najgorszym momentem spotkania będą pierwsze minuty, lecz jeszcze gorzej nasza gra wyglądała w samej końcówce. W kluczowych momentach spotkania niestety całkowicie zawiodła nas skuteczność. Przez kilka minut ostatniej kwarty nie byliśmy w stanie zdobyć punktu, a że obrona też nie spisywała się tego dnia najlepiej, to rywale spokojnie uciekali nam z wynikiem. Z pewnością na wynik wpływ miała również kontuzja Jakuba Karolaka, którego brak w drugiej połowie był bardzo widoczny. Teraz wracamy do Wrocławia, by skupić się już na rozgrywkach ligowych i jak najlepiej przygotować się do sobotniego starcia z Legią w Warszawie. Kolejny mecz w EuroCupie zagramy 10 listopada w hali Orbita z rosyjskim Lokomotiwem Kubań.