Blue Flower

WKS Śląsk Wrocław zwycięża w czwartym spotkaniu finału mistrzostw Polski i powiększa prowadzenie w serii na 3:1! Trójkolorowi pokonali Legię Warszawa 66:63 w drugim starciu na terenie rywala. Głównym autorem sukcesu wrocławian był po raz kolejny w tym sezonie Travis Trice, który otarł się o triple-double. Podopiecznym Andreja Urlepa brakuje już tylko jednego zwycięstwa do złota!

Plan przed czwartym starciem finału? Powtórzyć wynik z niedzieli! Trójkolorowi stanęli przed szansą wypracowania sobie solidnej zaliczki w Warszawie. W tym celu trzeba było ponownie zwyciężyć w Hali OSiR Bemowo. Zadanie nienależące do najłatwiejszych, ale jak pokazuje historia, w zasięgu wrocławian. Trener Andrej Urlep nie zdecydował się na zmiany w pierwszej piątce, a spotkanie rozpoczęli: Travis Trice, Kodi Justice, Ivan Ramljak, Kerem Kanter i Martins Meiers.

Mimo szybko zdobytych punktów przez T. Trice’a lepiej w mecz weszli gospodarze. Warszawianie dobrze bronili i wygrywali sporo pojedynków na tablicy Śląska, dzięki czemu wcześnie wypracowali sobie przewagę. Śląsk miał problemy z dochodzeniem do sytuacji rzutowych, a gdy już się udało, to często były to rzuty niecelne.

Problemy Legii zaczęły się wraz z wyjściem na prowadzenie 13:4. Od tego momentu gospodarze nie zdobyli punktów przez ponad 4 minuty, a do głosu zaczęli dochodzić Trójkolorowi. Ponownie trafił Travis, Dziewa punktował z rzutów wolnych, a Justice celnie rzucał z półdystansu. Ostatnie punkty przed przerwą zdobyli jednak warszawianie, a pierwsza kwarta zakończyła się bardzo niskim wynikiem – 16:10 dla Legii.

Po wznowieniu gry jeszcze bardziej wyróżniał się MVP sezonu zasadniczego. Amerykanin zdobył punkty po indywidualnej akcji i świetnie asystował przy skutecznym zagraniu Dziewy. W międzyczasie z rzutów wolnych trafił Łukasz Kolenda i Trójkolorowi szybko doprowadzili do wyrównania. Warszawianie w końcu doszli do głosu, ale na ich trafienia błyskawicznie odpowiadali D’mitrik Trice i Kolenda, który swoimi dwoma trafieniami wyprowadził Śląsk na prowadzenie. Płynność w grze Legii przywrócił Robert Johnson, celnie rzucając z dystansu i dobrze wjeżdżając pod kosz. Na jego wyczyny dobrze zareagował Justice, wykorzystując dwa rzuty wolne.

Obie drużyny wciąż miały spore problemy w ofensywie, ale nieco odmieniło się to w końcówce pierwszej połowy. Na trójkę Dariusza Wyki odpowiedział tym samym T. Trice, a chwilę później Śląsk przeprowadził trzypunktową akcję po faulu niesportowym Johnsona. Ostatnie 30 sekund należało jednak do warszawian, którzy zdobyli w tym czasie 5 oczek. Na sam koniec trafił jeszcze D. Trice, ale punkty nie zostały zaliczone, gdyż Amerykanin wypuścił piłkę z rąk tuż po syrenie. Ostatecznie Śląsk schodził na przerwę, przegrywając 31:34.

Na początku drugiej połowy ponownie byliśmy świadkami wielu nieskutecznych akcji. Pomyłki z obu stron sprawiły, że pierwsze punkty zobaczyliśmy dopiero po 100 sekundach, gdy z półdystansu trafił Ramljak. W kolejnej akcji prezent gospodarzom sprawił Kolenda, popełniając faul niesportowy, który warszawianie zamienili na 5 punktów. 22-latek szybko się jednak zrehabilitował, skutecznie wjeżdżając pod kosz.

Legia w trzeciej kwarcie miała ogromne problemy w ofensywie, co świetnie wykorzystywali wrocławianie. Najpierw po kontrze punkty zdobył Ramljak, a chwilę później z dystansu trafił Kolenda, wyprowadzając Trójkolorowych na prowadzenie. Niezmiennie groźne były gwiazdy Legii, o czym przypomniał Raymond Cowels, doprowadzając swoją trójką do wyniku 42:40 dla Legii. W końcówce trzeciej partii do głosu ponownie dochodził T. Trice i to on robił największą różnicę. Amerykanin do kolejnych asyst dołożył także dwa trafienia, ale ostatnie punkty przed czwartą kwartą zdobył Cowels, wyprowadzając Legię na prowadzenie 49:47.

Świetny start w ostatniej kwarcie zaliczył młodszy z braci Trice. D’mitrik szybko zdobył 7 punktów, tym samym przywracając wrocławian na prowadzenie. Popisywał się również Dziewa, który zaliczył dwa efektowne bloki, hamując zapędy ofensywne gospodarzy. Warszawianie zaczęli więc szukać swoich szans z dystansu, co przynosiło im sporo sukcesów. Na szczęście dla Trójkolorowych nie zatrzymywał się D. Trice, również trafiając zza łuku i zmniejszając stratę Śląska do dwóch punktów.

Legia dobrze zareagowała, wykorzystując dwa rzuty wolne, ale po raz kolejny sprawy w swoje ręce wziął T. Trice. Amerykanin zdobył 7 punktów w trzech akcjach i to dzięki jego trójce z ponad 9 metrów Trójkolorowi wyszli na prowadzenie 66:63 na 40 sekund przed końcem. Ostatnie akcje to przede wszystkim świetna defensywa wrocławian, którzy nie pozwalali gospodarzom rzucać z dystansu z czystych pozycji. Ostatecznie wynik się już nie zmienił i Śląsk po raz kolejny wygrał w stolicy!

Tym razem show w Warszawie skradł Travis Trice, któremu bardzo niewiele zabrakło do zaliczenia triple-double. MVP sezonu zasadniczego do 21 punktów dołożył 9 zbiórek i 8 asyst. Poza nim najlepiej punktowali inni niscy zawodnicy – D’Mitrik Trice (13) oraz Łukasz Kolenda (11). Legia zdominowała tablice w pierwszej kwarcie, ale z czasem sytuacja się wyrównała i gospodarze nie mieli już tak wielu drugich szans.

– Wygraliśmy dwa mecze na trudnym terenie w Warszawie. Legia ma wspaniałych kibiców, którzy tworzą bardzo dobrą atmosferę. To nie był nasz dzień w ataku, ale zatrzymaliśmy rywali świetną obroną. Pomimo paru popełnionych błędów zmuszaliśmy gospodarzy do trudnych rzutów. Mieliśmy nieco problemów na tablicy, ale dzięki determinacji i chęci do walki wygraliśmy – mówił na pomeczowej konferencji prasowej trener Śląska, Andrej Urlep.

Plan wykonany w 100%! WKS Śląsk Wrocław dwukrotnie triumfuje w stolicy i prowadzi w finale mistrzostw Polski 3:1. Teraz trzeba tylko postawić kropkę nad „i”, a najlepiej zrobić to przy pierwszej możliwej okazji. Szansa na zamknięcie serii już w piątek, 27 maja, o godzinie 20:40. Niech Hala Stulecia ponownie okaże się magiczna.







WKS Śląsk Wrocław lepszy od Legii Warszawa w trzecim spotkaniu finału Energa Basket Ligi! Po kolejnym thrillerze wrocławianie wygrali 81:74 i wyszli na prowadzenie 2-1 w serii. Kluczową rolę wśród podopiecznych Andreja Urlepa odegrał Aleksander Dziewa, zdobywca 21 punktów.

Po dwóch pasjonujących spotkaniach we Wrocławiu w finale mistrzostw Polski był remis 1-1. Przyszedł jednak czas na zmianę lokalizacji i tym razem Trójkolorowi walczyli na terenie rywala w Hali OSiR Bemowo w Warszawie. W sezonie zasadniczym stolica nie była straszna wrocławianom, gdzie wygrali 87:73. Wszyscy liczyliśmy na podobny rezultat w trzecim starciu finału. Trener Andrej Urlep zdecydował się na jedną zmianę w pierwszej piątce, w której znaleźli się Travis Trice, Kodi Justice, Ivan Ramljak, Kerem Kanter i Martins Meiers.

Pierwsze punkty w spotkaniu zdobył Ramljak, wykorzystując dezorganizację defensywy rywali chwilę po rozpoczęciu. Gospodarze odpowiedzieli bardzo mocno, gdy trójkę z dalekiej odległości rzucił Raymond Cowels. Był to wyraźny znak dla Trójkolorowych, że Legia po raz kolejny będzie szukała swoich szans w rzutach z dystansu. Warszawianie od samego początku byli groźni, a w szczególności Jure Skifić. To głównie Chorwat punktował dla miejscowych w początkowej fazie spotkania. Wrocławianie zachowywali jednak spokój, a trafienia Kantera czy Meiersa utrzymywały Śląsk blisko rywali i nie pozwoliły im na wczesne wypracowanie przewagi. Nawet przy wyniku 6:10 dla gospodarzy Trójkolorowi grali cierpliwie i szukali błędów w defensywie przeciwników.

Kluczowe dla przebiegu pierwszej połowy było wejście na parkiet Aleksandra Dziewy. Reprezentant Polski błyskawicznie zdobył punkty i z każdą minutą rozpędzał się coraz bardziej. Zarówno on, jak i Travis Trice byli bezwzględni dla przeciwników i zapewnili Śląskowi prowadzenie po pierwszej kwarcie. Na 3 minuty przed przerwą Andrej Urlep wprowadził do gry Łukasza Kolendę, który był autorem kilku świetnych akcji. Najpierw popisał się asystą do Dziewy, a chwilę później sam zdobył punkty. Pierwszą kwartę zakończył nikt inny jak środkowy Śląska, tym razem jednak celnym rzutem z dystansu. Reprezentant Polski zdobył 12 oczek w niespełna 7 minut, zapewniając Trójkolorowym prowadzenie 26:19.

Początek drugiej kwarty nie należał do najlepszych w wykonaniu Śląska. Najpierw błyskawiczne punkty zdobyli gospodarze, a chwilę później wrocławianie nie trafili do kosza mimo dwóch zbiórek ofensywnych. Wszystko jednak szybko wróciło do normy, gdy do głosu doszedł Dziewa. Najpierw popisał się świetnym blokiem, aby 10 sekund później ograć przeciwnika pod koszem i zdobyć kolejne punkty.

Gospodarze z czasem zaczęli grać coraz lepiej w defensywie, co pozwoliło im na odrobienie strat. Koszykarze Śląska nie byli w stanie trafić przez niemal 4 minuty, a zmienił to dopiero T. Trice po wejściu na parkiet. Trójkolorowi bardzo potrzebowali tego odblokowującego trafienia, gdyż już chwilę później kolejne 3 oczka dołożył z dystansu Kolenda, a celnie z rzutów wolnych rzucał Kanter. Wrocławianie wypracowali sobie kilkupunktową przewagę i utrzymali ją do końca drugiej kwarty. Trafiali ponownie Dziewa, Trice i Meiers, a swoje pierwsze oczka wsadem zdobył Kodi Justice. Ostatecznie Śląsk schodził na przerwę, prowadząc 46:39.

Lepsi po wznowieniu gry ponownie byli gospodarze, tym razem za sprawą Łukasza Koszarka. Polski rozgrywający zdobył swoje pierwsze punkty po celnym rzucie z dystansu, a już chwilę później gospodarze zmniejszyli stratę do jednego oczka za sprawą Roberta Johnsona. Na szczęście Trójkolorowych w końcu trafił Kanter, nieco opanowując sytuację na parkiecie. Warszawianie jednak się nie zatrzymywali, a najwięcej szczęścia ponownie przynosiły im rzuty z dystansu. Kolejne trafienia Skificia i Cowelsa zapewniły gospodarzom prowadzenie, mimo skutecznych akcji Justice’a i Kantera.

Koszykarze Andreja Urlepa musieli się obudzić, a było to możliwe dzięki Travisowi Trice’owi. Amerykanin szybko zdobył 4 punkty i nie pozwalał Legii uciec z wynikiem. Przyczynił się również do tego Kolenda, który za sprawą celnych rzutów wolnych ponownie doprowadził do remisu. W kolejnej akcji gospodarze znowu trafili z dystansu, ale ostatnie słowo należało do Trójkolorowych, a konkretnie do D’mitrika Trice’a. Brat Travisa wyprowadził błyskawiczną, indywidualną kontrę, ustalając wynik na 61:60 dla Legii przed ostatnią kwartą.

Warszawianie szybko powiększyli przewagę po wznowieniu gry, ale Śląsk był w stanie wyrównać po trafieniach Meiersa i Ramljaka. Kolejne punkty zdobył Kolenda po swoim firmowym wjeździe pod kosz, a wrocławian na prowadzenie wyprowadził młodszy z braci Trice, trafiając z dystansu. Był to początek przewagi Trójkolorowych, którzy wykorzystywali błędy gospodarzy i nie pozwalali im na wiele w ofensywie. Wrocławianie odpowiadali na każde trafienie Legii, nic nie zmieniła nawet przerwa na żądanie trenera Kamińskiego.

Niedługo po wznowieniu gry na parkiecie pojawił się Travis Trice, który zapewniał wrocławianom kolejne punkty. Najpierw sam trafił do kosza, aby po chwili asystować Dziewie przy akcji 2+1. Po 30 sekundach nasz środkowy ponownie stanął na linii rzutów wolnych, powiększając przewagę Trójkolorowych do 5 punktów. Ostatnie słowo w spotkaniu należało do Ramljaka, który efektownym wsadem ustalił wynik spotkania numer 3. WKS Śląsk Wrocław pokonał Legię w Warszawie 81:74.

Najlepszy na parkiecie był tego dnia Aleksander Dziewa. Reprezentant Polski zdobył 21 punktów i całkowicie zdominował spotkanie w pierwszej połowie. Dwucyfrową liczbę punktów zdobyli także Travis Trice (15) i Kerem Kanter (12). Amerykanin dołożył do tego jeszcze 7 asyst, a Turek był jednym ze sprawców przewagi Trójkolorowych na tablicach (9 zbiórek). Lepsi w tym aspekcie byli tylko Martins Meiers (10) i Ivan Ramljak (10).

– Jesteśmy bardzo zadowoleni, że udało nam się zniwelować stratę po przegranej na własnym parkiecie we Wrocławiu. Legia ma wielu dobrych graczy, których niezwykle trudno zatrzymać. Nie licząc pierwszych pięciu minut trzeciej kwarty, jestem bardzo zadowolony z naszej gry. To jest jednak tylko 2-1 i wciąż potrzebujemy dwóch zwycięstw, by osiągnąć nasz cel. Legia na pewno ma taką samą chęć triumfu, jak my, więc we wtorek będziemy musieli być równie dobrze przygotowani i skoncentrowani – podsumował mecz na konferencji prasowej trener Śląska, Andrej Urlep.

Cel minimum wykonany – nie przegrywać po meczach w Warszawie. Ale po co ograniczać się do minimum, skoro możemy wrócić do Wrocławia z zaliczką dwóch zwycięstw. Szansa na to już we wtorek, a początek tego spotkania również o 20:40. Wszystkich kibiców ponownie zapraszamy do strefy kibica pod Halą Stulecia – WrocLove Basketball!







Niestety, ale Hala Orbita w tych play-offach wciąż jak zaczarowana. WKS Śląsk Wrocław przegrał z Legią Warszawa 81:85 i remisuje w serii finałowej Energa Basket Ligi 1:1. Naszym najlepszym zawodnikiem ponownie okazał się Travis Trice, który rzucił aż 31 punktów i zebrał 8 asyst.

Po zwycięstwie w Hali Stulecia nastroje wśród kibiców oraz w zespole były bardzo dobre, jednak każdy z zawodników cały czas był skupiony na celu. Powrót do Orbity oznaczał przede wszystkim zmierzenie się ze starymi demonami. Wojskowi właśnie tutaj w półfinale przegrali z Czarnymi Słupsk aż 63 punktami i dzisiaj chcieli zrekompensować wszystkim kibicom tamtą klęskę. Andrej Urlep w bój od pierwszej syreny posłał Travisa Trice’a, Kodiego Justice’a, Ivana Ramljaka, Kerema Kantera oraz Aleksandra Dziewę.

Bardzo dobrze mecz rozpoczął Justice, który przecież w pierwszym meczu miał problemy zarówno ze skutecznością, jak i decyzyjnością. Amerykański rzucający trafił trójkę, a później wykorzystał jeden rzut wolny. Mecz rozkręcał się dość powoli, ale to my od początku dyktowaliśmy warunki gry. Znowu świetną kooperacją wykazywał się duet T. Trice-Kanter. Dla przykładu: Amerykanin posłał świetne podanie na kraniec boiska, a Turek świetnie rzucił zza łuku.

Na duże słowa uznania zasługiwała również nasza gra defensywna. Dwa efektowne bloki w wykonaniu Aleksandra Dziewy oraz Ivana Ramljaka mocno podcięły skrzydła Legionistom, którzy po prawie sześciu minutach gry zdobyli zaledwie dwa punkty. Przyjezdni próbowali odpowiedzieć, ale nie byli w stanie sforsować obrony świetnie dysponowanych wrocławian. Pierwszą kwartę kończyliśmy, okazale prowadząc 21:10.

Na początku drugiej ćwiartki w nasz obóz wkradła się mała nieskuteczność. Nie trafialiśmy z czystych pozycji, ale na posterunku tego dnia był Justice. 27-latek po ośmiu minutach gry miał na koncie 8 punktów i do skuteczności z przodu potrafił dołożyć swoją już klasyczną waleczność w obronie. Mimo to Legia zdołała dojść nas na sześć oczek i w tym momencie przerwę na żądanie wziął Andrej Urlep. Na boisko wróciła pierwsza piątka, która przede wszystkim miała na celu powoli rozpędzającego się Roberta Johnsona.

Warszawianie zaczęli grać lepiej i sprytniej, ale Śląsk cały czas trzymał bezpieczny dystans. Koszarek i spółka dwoili się i troili, ale nasza defensywa była niczym prawdziwa twierdza. To zmuszało rywali do oddawania nieprzygotowanych rzutów, które szybko padały łupem naszych środkowych. W końcu atak wygrywa mecze, a obrona, miejmy nadzieję, mistrzostwo. Niestety nasi defensorzy nie byli w stanie wybronić wszystkiego – Legia w samej końcówce trafiła dwie trójki i Śląsk do przerwy wygrywał już tylko 41:38.

W trzeciej kwarcie Legia na starcie pokazała nam naprawdę niesamowity pokaz koszykówki. Przyjezdni trafili cztery rzuty za trzy i szybko objęli siedmiopunktowe prowadzenie. Travis Trice i spółka musieli szybko brać się do pracy. W pewnym momencie Dariusz Wyka otrzymał karę za niesportowe zachowanie i przez to byliśmy w stanie się zbliżyć do Legii dzięki dwóm celnym rzutom wolnym.

Goście mieli już pięć fauli na koncie i każde ich kolejne przewinienie oznaczało szansę na kolejne rzuty osobiste. Jednak nadzieja nie tliła się długo, gdyż nie potrafiliśmy wykorzystać ich chwilowej niemocy w defensywie. Wojskowi z Warszawy przytomnie kontrolowali wydarzenia boiskowe i na ostatnią kwartę wychodzili z prowadzeniem 68:58.

W czwartej kwarcie ruszyliśmy w pogoń za Legią. Cała Hala Orbita zagrzewała swoich ulubieńców do walki, a na tablicy wyników widniało 60:68 – czyli jeszcze wszystko było w tym spotkaniu możliwe. Na dobre rozkręcił się Travis, który swoimi czteroma skutecznymi rzutami zmniejszył stratę do ledwie jednego oczka. Można powiedzieć, że nasz MVP odpalił istne „God Mode” i w pojedynkę doprowadził do wyniku 72:72.

W końcówce byliśmy świadkami naprawdę wielu emocji i chyba nikt nie był w stanie przewidzieć, jak to spotkanie się skończy. Na półtorej minuty przed końcem Aleksander Dziewa ponownie doprowadził do remisu. Niestety nasza radość nie trwała długo, gdyż niesamowity Robert Johnson szybko zwiększył przewagę swojego zespołu do czterech oczek. Na 42 sekundy przed końcem Urlep poprosił o przerwę na żądanie. Niestety nie udało nam się przechylić szali zwycięstwa na swoją stronę w nerwowej końcówce i to Legia Warszawa wygrała 88:85.

Do pewnego momentu wydawało się, że mamy mecz pod kontrolą. W defensywie wszystko wyglądało idealnie, jednak Legia w końcu znalazła sposób na jej złamanie. Mimo to, wielkie gratulacje należą się Travisowi Trice’owi. Nasz MVP stanął na wysokości zadania i w pojedynkę dał nam w czwartej kwarcie nadzieję na happy-end. 31 punktów i 8 asyst – tak gra najlepszy zawodnik ligi. Natomiast po stronie gości najlepiej zaprezentował się Abdur-Rakhman, który rzucił 27 oczek, ale na wyróżnienie zasługuje również Robert Johnson z 18 punktami. Legia tego dnia była po prostu konkretniejsza i za to należą się jej gratulacje.

– Rozegraliśmy bardzo dobry początek meczu w pierwszej kwarcie. Utrzymywaliśmy dobry wynik do samej końcówki drugiej ćwiartki. Wtedy pozwoliliśmy rywalom wrócić do gry, a ostatnia trójka po prostu nie miała prawa się zdarzyć. Legia niesamowicie zaczęła trzecią kwartę, trafiając cztery rzuty z dystansu z rzędu, ale tym razem to my wróciliśmy do gry. Niestety w końcówce goście wykorzystali parę trudnych rzutów, my pudłowaliśmy i dlatego przegraliśmy – mówił po meczu trener Śląska, Andrej Urlep.

Trzeci mecz finałowy już w niedzielę o 20:40 w warszawskiej hali OSiR Bemowo. Wszystkich wrocławskich sympatyków koszykówki zapraszamy do strefy kibica WrocLove Basketball znajdującej się na placu pod Iglicą przy samej Hali Stulecia. Strefa jest czynna codziennie od 17:00 do 23:00.







WKS Śląsk Wrocław pokonał Legię Warszawa 76:72 w pierwszym spotkaniu finału Energa Basket Ligi. Trójkolorowi wypracowali sobie przewagę w pierwszej kwarcie, ale goście zdołali odrobić wynik, który był wyrównany już do końca meczu. Ostatecznie szalę zwycięstwa na swoją korzyść przechylili wrocławianie i to oni obejmują prowadzenie w serii!

WKS Śląsk Wrocław po pasjonującej serii z Grupa Sierleccy Czarnymi Słupsk awansował do finału Energa Basket Ligi po raz pierwszy od 18 lat i o miano najlepszej drużyny w Polsce mierzył się ze stołeczną Legią Warszawa. Seria finałowa rozpoczęła się 16 maja o godzinie 20:40 w Hali Stulecia. Na to starcie trener Andrej Urlep posłał do boju wyjściową piątkę: Travis Trice, Kodi Justice, Ivan Ramljak, Kerem Kanter i Aleksander Dziewa.

Inaugurujące punkty w serii zdobył kapitan gości – Łukasz Koszarek – który przy swoim trafieniu z dystansu nadepnął na linię, zdobywając dwa oczka. Chwilę później pierwszy powód do radości dał kibicom w Hali Stulecia Kanter, trafiając po świetnej walce pod koszem. Jego akcja wprowadziła Śląsk na dobre tory i była początkiem świetnej kwarty Trójkolorowych. Już po chwili na prowadzenie wyprowadził wrocławian Dziewa, a po trójce gości do wyniku 6:5 doprowadził Ramljak. Od tego momentu podopieczni trenera Urlepa zaczęli przejmować inicjatywę w spotkaniu, a kolejne trafienie Ivana, rzuty wolne Justice’a i akcja 2+1 Olka ustabilizowały sytuację na parkiecie.

Chwilę później reprezentant Polski dorzucił jeszcze trafienie z dystansu, utrzymując ośmiopunktowe prowadzenie Trójkolorowych. W ostatnich czterech minutach kwarty kibicom przypomniał o sobie Travis Trice. Amerykanin zdobył 9 kolejnych punktów Śląska, wyprowadzając wrocławian na najwyższe jak do tej pory prowadzenie – 25:13. Na zakończenie kwarty trafił jeszcze Łukasz Kolenda, a po ostatniej skutecznej akcji Legii mieliśmy wynik 27:18.

Po krótkiej przerwie prowadzenie Trójkolorowych błyskawicznie podwyższył D’mitrik Trice, który zastąpił na parkiecie swojego brata Travisa. Goście jednak natychmiast wzięli się za odrabianie strat, zdobywając 14 (!) punktów z rzędu. Zaliczyli w tym czasie aż 4 trzypunktowe akcje i wyszli na prowadzenie 32:29. Wrocławianie zdecydowanie przespali początek drugiej kwarty, ale w końcu musieli się obudzić, do czego przyczynił się Kanter.

Turek przywrócił Śląsk do życia i kolejne punkty były tylko kwestią czasu. Następne trafienie zaliczył Ramljak, a po skutecznym haku Dziewy Trójkolorowi wrócili na prowadzenie. Legia jednak cały czas była groźna i mimo trafień T. Trice’a, Ramljaka i Kantera, utrzymywał się wyrównany wynik. W końcówce skuteczniejszy był Śląsk, a po trafieniach Kolendy i Travisa wrocławianie wyszli na prowadzenie 44:43 przed przerwą.

Drugą połowę mocnym akcentem rozpoczęła Legia, gdy z dystansu trafił Robert Johnson. Wrocławianie szybko wyrównali i przez pierwsze minuty trzeciej kwarty obraz gry nie zmieniał się, ponieważ żadna z drużyn nie była w stanie wypracować sobie przewagi. Goście odpowiadali na kolejne punkty T. Trice’a i Dziewy, utrzymując wyrównany wynik. Zmieniło się to za sprawą MVP sezonu zasadniczego, który akcją 2+1 doprowadził do wyniku 55:50.

Wrocławianie utrzymywali prowadzenie dzięki trafieniu Kantera i trzem rzutom wolnym T. Trice’a. Po tych trafieniach Amerykanin miał na swoim koncie już 22 punkty. Chwilę później kolejnym skutecznym wjazdem pod kosz popisał się Kolenda, ale ostatnie słowo w trzeciej kwarcie należało do gości, który zdołali zmniejszyć stratę. Przed ostatnimi dziesięcioma minutami Trójkolorowi prowadzili 62:57.

Pięć punktów przewagi to było jednak o wiele za mało dla wrocławian, którzy błyskawicznie chcieli ustabilizować sytuację w czwartej kwarcie. Podopieczni trenera Urlepa grali po wznowieniu gry jak natchnieni, a skuteczne akcje Dziewy, Justice’a i Kolendy dały Śląskowi prowadzenie 68:57. Goście odpowiedzieli trafieniem z dystansu Raymonda Cowelsa, ale Dziewa i Justice pozostali niewzruszeni i błyskawicznie powiększyli prowadzenie do 12 punktów. Wszyscy w Hali Stulecia wiedzieli jednak, że Legia nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa.

Warszawianie wzięli się za odrabianie strat, poprawiając szczególnie grę w defensywie. Trójkolorowi nie byli w stanie zdobyć punktów przez prawie 5 minut, a goście w tym czasie zbliżyli się na zaledwie 4 oczka. Niemoc wrocławian przerwał w kluczowym momencie Justice, a mimo tego goście na 48 sekund przed końcem doprowadzili do wyniku 74:72. Śląsk potrzebował do szczęścia zaledwie jednej skutecznej akcji, a jej autorem okazał się Ivan Ramljak. Chorwat wykorzystał dwa rzuty wolne, zapewniające Trójkolorowym końcowy sukces. Warszawianie nie wykorzystali ostatniej szansy i pierwsze spotkanie finału zakończyło się ostatecznie wynikiem 76:72 dla WKS-u.

Najskuteczniejszym zawodnikiem w drużynie Śląska był po raz kolejny w tym sezonie Travis Trice. Amerykanin do 22 punktów dołożył także 5 asyst i 10 wywalczonych fauli. Świetny występ zanotował również Aleksander Dziewa. Reprezentant Polski zdobył 18 punktów i zaliczył 7 zbiórek. Na wyróżnienie zasłużył także Ivan Ramljak, zdobywca double-double (10 pkt, 10 zb). Wśród gości najwięcej punktów (24) zdobył Robert Johnson.

– Spodziewaliśmy się trudnego meczu, ale zaczęliśmy go bardzo dobrze. Niestety nie utrzymaliśmy takiego rytmu gry i pozwoliliśmy rywalom wrócić do spotkania. W drugiej połowie obrona obu drużyn stała na bardzo wysokim poziomie. Cieszymy się zwycięstwem, ale to dopiero pierwszy mecz i przed nami jeszcze długa droga do końcowego sukcesu – mówił na pomeczowej konferencji prasowej trener Śląska, Andrej Urlep.

Pierwszy krok wykonany! Śląsk triumfuje w Hali Stulecia i obejmuje prowadzenie w serii finałowej. Kolejne spotkanie już w czwartek, 19 maja, tym razem jednak w Hali Orbita. Kibiców, którym nie udało się kupić biletów, zapraszamy do strefy kibica WrocLove Basketball na placu pod Iglicą przy Hali Stulecia. Liczymy na dwupunktową zaliczkę przed podróżą do Warszawy!







Po raz pierwszy od 18 latach jesteśmy w finale Energa Basket Ligi! WKS Śląsk Wrocław w decydującym spotkaniu pokonał Grupa Sierleccy Czarnych Słupsk 81:71 i zwyciężył w całej serii 2:1. Co ciekawe, żadnego z pięciu spotkań nie wygrała drużyna będąca danego dnia gospodarzem.


Do decydującego spotkania w słupskiej Hali Gryfia Trójkolorowi przystąpili w najmocniejszym możliwym składzie. Tym razem trener Andrej Urlep wystawił do gry następującą piątkę: Travis Trice, Kodi Justice, Ivan Ramljak, Kerem Kanter i Aleksander Dziewa.

Początek spotkania stał pod znakiem niecelnych rzutów po obu stronach parkietu. W końcu jednak strzelecką niemoc przełamał Billy Garrett, który trafił za trzy. Zadziałało to pozytywnie na oba zespoły. Dla nas spod kosza zapunktował Kanter, a z kolei prowadzenie gospodarzy powiększył o dwa oczka Anthony Lewis. Radość słupszczan nie trwała jednak długo, bo dzięki punktom T. Trice’a i akcji 2+1 Kantera zrobiło się 7:5 dla WKS-u. Od tej pory to Trójkolorowi przeważali w Gryfii. Trójkami popisali się Ramljak, T. Trice i Justice, ale najwięcej problemów podopieczni Mantasa Cesnauskisa mieli pod koszem. Po tym, jak dwa oczka z faulem zdobył Dziewa, trener Mantas Cesnauskis poprosił o czas.

Niewiele to jednak zmieniło. Kolejne trafienie zanotował Kanter, skuteczny był też Szymon Tomczak. Słupszczanie zdecydowanie przegrywali zbiórkę, a w ataku w zasadzie w ogóle ich nie notowali. Z kolei Śląsk grał swoje i utrzymywał wysokie prowadzenie. W końcówce kwarty zastrzyk energii dał swojej drużynie Jakub Musiał, który trafił za trzy. Wychowanek Śląska nie czekał długo na odpowiedź, bowiem po chwili tej samej broni użył T. Trice i po pierwszych dziesięciu minutach było 28:18 dla Trójkolorowych.

Drugą kwartę Czarni zaczęli z „wysokiego C”, bowiem zza łuku nie pomylił się Beau Beech. I choć już w kolejnej akcji za dwa odpowiedział D’Mitrik Trice, to gospodarze zaczęli przejmować inicjatywę. Za trzy trafił też Garrett, a po punktach Anthony’ego Lewisa Czarni przegrywali już tylko 26:30. Sytuację chwilowo uspokoił Justice, który popisał się efektownym floaterem. Potem jednak celnie z dystansu rzucił Bartosz Jankowski i przy stanie 29:32 trener Urlep był zmuszony poprosić o czas.

Po powrocie na parkiet – dzięki punktom Ramljaka i Trice’a – udawało nam się utrzymać niewielką przewagę. Kolejne ważne trafienie spod kosza zanotował też Kanter, ale słupszczanie nie składali broni i szybko podnosili się po każdym kolejnym uderzeniu Wojskowych. W dużej mierze działo się tak za sprawą skuteczności z dystansu Garetta oraz Beecha. Garrett miał nawet szansę wyprowadzić swój zespół na prowadzenie, ale dość niespodziewanie spudłował z czystej pozycji. Być może było to kluczowe, bo od tego momentu Śląsk zdawał się wygrywać tę wojnę nerwów. Dzięki trójce Kantera chwilowo nawet odskoczyliśmy na siedem punktów, ale ostatecznie po dwóch kwartach było 46:41.

W trzeciej ćwiartce z początku znów oglądaliśmy trochę niecelnych rzutów. Szybciej rytm złapali Czarni, którzy zmniejszyli straty do trzech oczek. Co więcej, wrocławianie wykorzystali limit fauli w zaledwie trzy i pół minuty. Na szczęście ważne punkty w kontrze zdobył Ramljak i udało się minimalnie podwyższyć prowadzenie. Prawdziwy impuls dał jednak Kanter, który po raz kolejny popisał się akcją 2+1 i doprowadził do w miarę bezpiecznego prowadzenia 53:46.

W drugiej części kwarty gra była dość rwana. Oba zespoły lepiej radziły sobie w obronie niż w ataku, a słupszczanom bardzo długo udawało się powstrzymywać T. Trice’a. W końcu jednak MVP fazy zasadniczej oszukał defensywę rywali i trafił za dwa. Potem jeszcze z linii rzutów wolnych oczko dołożył Ramljak, a z półdystansu znów nieomylny był D. Trice i Śląsk wyszedł na prowadzenie 60:50. Czarnym co prawda udało się w końcówce minimalnie zmniejszyć różnicę, ale i tak przed czwartą kwartą prowadziliśmy 62:53.

Jako pierwszy w decydującej ćwiartce punkty zdobył Śląsk, ale zaraz Beech oraz Garrett trafili trójki i przewaga wrocławian zaczęła maleć. Kiedy jednak dość niespodziewanie Garrett nie wykorzystał dwóch rzutów wolnych, Trójkolorowi złapali oddech. Z półdystansu trafił T. Trice i znowu prowadziliśmy dziewięcioma punktami. Czarni atakowali, ale byli nieskuteczni. Szczególnie efektowny i efektywny w obronie był Dziewa, blokujący rywali jak natchniony. Niestety dość szybko wykorzystaliśmy limit fauli i słupszczanie w końcu zmniejszyli różnicę do pięciu oczek. Wtedy zimną krew z kolei zachował Ramljak, który trafił bardzo ważny rzut zza łuku i prowadziliśmy ośmioma punktami.

W ostatnich minutach Czarni skupili się na rzutach za trzy, ale na nasze szczęście większość z nich była niecelna. Z kolei w szeregach Wojskowych fenomenalną kwartę rozgrywał Dziewa, który do świetnej gry pod własnym koszem dołożył też celne rzuty. Gospodarze czuli, że kończy im się czas. Notowali straty, wciąż nie trafiali z dystansu i w efekcie zupełnie utracili kontrolę nad wydarzeniami na parkiecie. Ostatecznie WKS zasłużenie wygrał w Gryfii 81:71 i po 18 latach awansował do finału PLK!

Przewaga Trójkolorowych była widoczna niemal w każdym aspekcie gry notowanym przez statystyków. Śląsk wyraźnie wygrał zbiórkę (40:30), oddał aż 16 rzutów z gry więcej przy podobnej skuteczności i rozdał 13 asyst. Ivan Ramljak zanotował double-double (13 punktów i 10 zbiórek), a blisko tej sztuki byli Kerem Kanter (20 punktów i 9 zbiórek) oraz Aleksander Dziewa (14 punktów i 9 zbiórek). Warto dodać, że Turek nie zszedł z boiska nawet na sekundę, a przez całe spotkanie grał ze spuchniętą kostką. Prawdziwy wojownik!

– Jestem pełen podziwu dla zawodników. To dla nas druga długa seria z pięcioma meczami i oni naprawdę wyciągnęli dziś z siebie ostatnie siły. W Słupsku graliśmy zupełnie inaczej, niż ww Wrocławiu, co odzwierciedlają statystyki. Gratulacje dla graczy, którzy wytrzymali presję. Idziemy do finału! – komentował na pomeczowej konferencji prasowej trener Andrej Urlep.

Wielkie brawa dla zawodników, którzy doprowadzili klub do największego sukcesu od 18 lat. Wielkie brawa dla sztabu szkoleniowego, który znakomicie przygotował ich do walki. Wielkie brawa dla kibiców, którzy wspierali nas na każdym meczu pomimo odległości dzielącej Wrocław i Słupsk. Dziś czas na świętowanie, a od jutra przygotowujemy się do finałów, które rozegramy z Legią Warszawa. Pierwsze mecze 17 i 19 maja we Wrocławiu!

Co za seria w wykonaniu Trójkolorowych! WKS Śląsk Wrocław po raz drugi pokonał na wyjeździe Grupa Sierleccy Czarni Słupsk i jest o jedną wygraną od awansu do finału Energa Basket Ligi. W czwartkowy wieczór podopieczni Andreja Urlepa rozegrali niemal perfekcyjne spotkanie i wygrali w Hali Gryfia 91:66. Trzeci mecz już w niedzielę o 20:30 we Wrocławiu!

Do spotkania numer dwa Wojskowi przystąpili z identyczną meczową dwunastką oraz wyjściową piątką, co dwa dni wcześniej. Na parkiet od pierwszej minuty wyszli więc Travis Trice, Łukasz Kolenda, Ivan Ramljak, Kerem Kanter i Martins Meiers.

Śląsk bardzo dobrze rozpoczął spotkanie. Wrocławianie kontrolowali wydarzenia na parkiecie i od pierwszych sekund budowali swoją przewagę. Po dwa oczka zdobyli Meiers, Trice i Ramljak; tym samym goście szybko wyszli na prowadzenie 6:0. Niemoc gospodarzy przerwał w końcu Marek Klassen, ale zaraz dwukrotnie trafił świetny Meiers i było już 10:2. Czarni próbowali się odgryzać, ale ich krótki okres lepszej gry przerwał – trafiając za trzy – Łukasz Kolenda.

W końcu jednak dzięki punktom Dawida Słupińskiego słupszczanie zbliżyli się na trzy oczka. Zespół Andreja Urlepa zareagował jednak w najlepszy możliwy sposób. Wszystko zaczęło się od Ramljaka, który pewnie wykonał trzy rzuty wolne. Potem Kanter w krótkim odstępie czasu dołożył jeszcze 4 oczka i prowadziliśmy 10 punktami. W dodatku wrocławianie zdawali się być nienasyceni, a nieskuteczni Czarni pozwalali brać garściami. W efekcie już po pierwszej ćwiartce było 28:12 dla Śląska!

W pierwszej akcji drugiej kwarty zza łuku celnie rzucił Kolenda i różnica wynosiła już prawie 20 oczek. Potem świetnie pod koszem utrzymał się przy piłce Dziewa i zagrał do Szymona Tomczaka, który lay-upem zakończył akcję. Mało? Chwilę później pod kosz w swoim stylu wbiegł Ramljak i zapakował z góry. WKS grał jak z nut, a Czarni nie potrafili im w tym przeszkodzić. Gospodarze regularnie przegrywali pojedynki z wysokimi zawodnikami gości. Po trójce Dziewy Śląsk prowadził już 40:18!

Czarni próbowali odrabiać straty, ale punkty zdobywali głównie z rzutów wolnych. Tymczasem Wojskowi nie zwalniali tempa i wsadem popisał się Jan Wójcik. Młody skrzydłowy dołożył jeszcze dwa punkty celnym rzutem z półdystansu. Z kolei Czarni swoich szans szukali za łukiem i w końcu dopięli swego. Za trzy trafił Klassen zmniejszając prowadzenie WKS-u do 19 punktów. Podopieczni Mantasa Cesnauskisa złapali wtedy trochę wiatru w żagle, ale ostatnie słowo należało do Śląska. Za trzy trafił Kanter, a buzzer-beaterem z półdystansu popisał się Kodi Justice i na przerwę schodziliśmy prowadząc aż 59:34.

Wynik drugiej połowy otworzył Ramljak, który trafił zza łuku. Zaraz potem gospodarze odpowiedzieli na to lay-upem Anthony’ego Lewisa i trójką Billy’ego Garetta. Wrocławianie mieli przez chwilę problemy ze skutecznością, ale rywale również zaczęli się mylić. Impas w końcu przerwał Kanter, który trafił rzut wolny. W kolejnej akcji Travis Trice obsłużył świetnym podaniem Ramljaka i Chorwat oczywiście nie pomylił się spod kosza.

Minuty upływały, a Trójkolorowi wciąż utrzymywali wysoką przewagę. Słupszczanie starali się, walczyli, ale byli wręcz porażająco nieskuteczni. Tymczasem Meiers celnie rzucił z półdystansu i prowadziliśmy już 67:41. Przez pierwsze trzy kwarty to głównie wysocy zdobywali punkty dla WKS-u. Szczególnie dobre zawody grali Kanter, Ramljak i Meiers. W dużej mierze dzięki punktom tego ostatniego pod koniec kwarty zwiększyliśmy różnicę do ponad 30 oczek i przed decydującą ćwiartką prowadziliśmy 77:46.

Od początku ostatnich 10 minut było wiadomo, że mecz jest już rozstrzygnięty. Gospodarze mieli jednak jeszcze coś do udowodnienia i szybko odrobili pięć oczek, na co trener Urlep zareagował przerwą na żądanie. Niewiele to jednak pomogło, bo Czarni mieli swój najlepszy moment w tym spotkaniu. Trzy punkty zdobył Justice, oczko z linii rzutów wolnych dołożył Wójcik, ale to gospodarze przejęli inicjatywę. W dodatku za przekroczony limit fauli z boiska musiał zejść Olek Dziewa i prowadziliśmy już „tylko” 81:58.

Wciąż to 17-krotni mistrzowie Polski wysoko prowadzili, ale przewaga cały czas topniała. Na szczęście ważne punkty zdobył po raz kolejny Wójcik, który rozgrywał dzisiaj prawdopodobnie swój jeden z lepszych w tym sezonie meczów na poziomie PLK. Sytuacja została jednak w pełni opanowana dopiero po tym, jak na parkiet wrócił Kanter. W ostatnich dwóch minutach grali już jednak głównie Polacy, m. in. Michał Gabiński oraz Kacper Gordon. Młody rozgrywający Śląska popisał się nawet celnym floaterem i były to ostatnie punkty w tym spotkaniu. Ostatecznie Wojskowi w pełni zasłużenie zwyciężyli 91:66 i wyszli na prowadzenie 2-0 w serii!

Dominacja w każdym aspekcie – tak w skrócie można podsumować czwartkowy mecz w osłupiałej Hali Gryfia. Wygrana zbiórka, o 26% lepsza skuteczność z gry i 12 rozdanych asyst więcej – to był po prostu koncertowy występ WKS-u. Oczka na swoim koncie zapisało aż dziewięciu Trójkolorowych, a dwucyfrową zdobycz zanotowali Kerem Kanter (18), Kodi Justice (15), Ivan Ramljak (14) i Martins Meiers (12).

– Weszliśmy w mecz bardzo skoncentrowani i zagraliśmy po prostu rewelacyjną pierwszą kwartę, która ustawiła cały mecz. Muszę pogratulować moim zawodnikom, którzy grali zespołowo i dzielili się piłką w ataku, co pokazuje 30 asyst. W obronie pomagaliśmy sobie nawzajem i powstrzymaliśmy najważniejszych zawodników Czarnych. Jesteśmy bardzo zadowoleni po dwóch zwycięstwach na wyjeździe, ale musimy wygrać jeszcze jeden mecz, by być w finale, co jest naszym celem – mówił na pomeczowej konferencji prasowej szkoleniowiec Śląska, Andrej Urlep.

Tak jak powiedział trener, do finału już tylko jeden krok. Wierzymy, że wykonamy go wspólnie przy wypełnionej po brzegi Hali Orbita. Obecnie wszystkie bilety są wyprzedane, ale w sobotę uruchomimy dodatkową pulę wejściówek dla fanów WKS-u. Obserwujcie nasze media, by być na bieżąco! Widzimy się w niedzielę o 20:30!

Fantastyczny pierwszy mecz! WKS Śląsk Wrocław pokonał Grupa Sierleccy Czarnych Słupsk 77:57 w starciu otwierającym półfinałową serię Energa Basket Ligi. Gospodarze dobrze zaczęli spotkanie, ale Trójkolorowi zdominowali parkiet już od początku drugiej kwarty. Skuteczna obrona i świetna gra na tablicach były kluczem do końcowego sukcesu. Wrocławianie utrzymywali prowadzenie przez niemalże 27 minut, a ostatecznie spotkanie zakończyło się wynikiem 77:57.

Po zwycięstwie w serii ćwierćfinałowej z Enea Zastalem BC Zielona Góra przyszedł czas na starcie półfinałowe z Grupa Sierleccy Czarnymi Słupsk. Beniaminek tegorocznych rozgrywek Energa Basket Ligi zakończył sezon zasadniczy na pierwszym miejscu, a w play-offach poradził sobie z Kingiem Szczecin w stosunku 3:1. Trener Urlep posłał do boju taką samą piątkę, jak w ostatnim spotkaniu ćwierćfinału: Travis Trice, Łukasz Kolenda, Ivan Ramljak, Kerem Kanter i Martins Meiers. W spotkaniu poza kontuzjowanym Jakubem Karolakiem nie mógł zagrać również D’mitrik Trice, a w meczowej dwunastce Kubę zastąpił Kacper Gordon.

Pierwsze punkty spotkania zdobył kapitan gospodarzy Marek Klassen, ale szybko odpowiedział Ramljak, wsadzając piłkę do kosza po asyście Travisa Trice’a. Kilka chwil później trafienie dołożył Meiers, ale słupszczanie po dobrym początku wypracowali sobie 5-punktową przewagę. Stratę Trójkolorowych zdołał zmniejszyć łotewski środkowy, wykorzystując dwa rzuty wolne. Od początku meczu gospodarze byli groźni z dystansu, a w szczególności Billy Garrett. Na jedną z jego trójek błyskawicznie odpowiedział tym samym Kolenda, doprowadzając do wyniku 12:9 dla miejscowych.

Wrocławianie dogonili gospodarzy nawet na jedno oczko, ale ci byli w stanie ponownie odskoczyć z wynikiem, głównie za sprawą rzutów zza łuku. Na parkiecie w pierwszej kwarcie pojawili się Kodi Justice, Szymon Tomczak i Aleksander Dziewa, a ostatni z nich zdobył swoje pierwsze punkty z linii rzutów wolnych, doprowadzając do wyniku 20:18 dla gospodarzy. Słupszczanie zdobyli jeszcze 3 oczka, ale trafianie w pierwszej kwarcie równo z syreną zakończył Justice. Śląsk schodził na time-out, przegrywając 20:23.

Po wznowieniu gry Trójkolorowi błyskawicznie wyrównali za sprawą akcji 2+1 Kolendy, a kilka chwil później jego wyczyn powtórzył Meiers, również trafiając z faulem. Wrocławianie byli w stanie wyjść na 4-punktowe prowadzenie, gdy kolejne 3 oczka zdobył rozgrywający Śląska. Miejscowi mieli problemy w ofensywie, ale cały czas byli groźni, co udowodnili chociażby widowiskową akcją alley-oop. Po tym zagraniu Czarnych na parkiet powrócił Trice i od razu dał o sobie znać rywalom. W trzech akcjach Amerykanin trafił z rzutu wolnego, z dystansu i z półdystansu, wyprowadzając Śląska na prowadzenie 33:27.

Kilka chwil później wrocławianie pozazdrościli gospodarzom wcześniej wspomnianego alley-oop’a i tym samym popisali się Trice z Ramljakiem. Trójkolorowi z każdą minutą rozpędzali się coraz bardziej, a rzuty wolne Justice’a i kolejne trafienie Trice’a dały Śląskowi 9-punktową przewagę. W ostatniej akcji piłkę mieli słupszczanie i mimo świetnego bloku Kantera, byli oni w stanie jeszcze wywalczyć trzy rzuty wolne. Za ich sprawą doprowadzili do wyniku 41:35 dla Śląska po pierwszej połowie spotkania.

Gospodarze dobrze zaczęli drugą część meczu, błyskawicznie zmniejszając stratę do 2 punktów. Trójkolorowi jednak szybko się obudzili: zbiórka i trafienie Kantera, 5 punktów Dziewy i akcja 2+1 Trice’a błyskawicznie wyprowadziły Śląsk na prowadzenie 51:39. Słupszczanie przerwali dobry moment wrocławian, gdy z dystansu trafił Klassen. Z czasem obu drużynom grało się coraz ciężej w ataku, a kibice w Hali Gryfia nie oglądali punktów przez ponad dwie minuty. Trudny moment przerwał Ramljak, wykorzystując jeden rzut wolny i przywracając tym samym Śląsk na dobre tory.

Chwilę później celnie z półdystansu rzucił Trice, a trafienie zza łuku Kantera dało Trójkolorowym 15-punktowe prowadzenie. W dwóch kolejnych akcjach ta sama dwójka trafiała do kosza rywali, doprowadzając do wyniku 61:42. Gospodarze nie byli w stanie zdobyć punktów przez niemal 7 minut trzeciej kwarty, ale zmieniło się to w ostatniej akcji, gdy buzzer-beatera z niezwykle trudnej pozycji trafił Beau Beech, ustalając rezultat na 61:45 dla Śląska przed ostatnią kwartą.

Trójkolorowi nie zamierzali się zatrzymywać po krótkiej przerwie, a trafienia Kolendy i trójka Ramljaka powiększyły przewagę do 22 punktów. Wrocławianie kontynuowali świetną grę, także w defensywie, i przez ponad 5 minut pozwolili gospodarzom na zdobycie zaledwie 4 oczek. W czwartej kwarcie oba zespoły mało trafiały, na co zareagował trener Urlep, przywracając na parkiet Trice’a, Kantera i Ramljaka.

Największą różnicę zrobił Turek, zdobywając 6 oczek w niecałą minutę. 40 sekund przed końcem swoje pierwsze punkty zdobył Jan Wójcik po skutecznej akcji pod koszem. Ostatnie akcenty spotkania należały do gospodarzy, ale nie wpłynęły one znacząco na wynik. Ostatecznie spotkanie zakończyło się rezultatem 77:57 dla WKS-u!

O zwycięstwie w pierwszym starciu półfinału przesądziła przede wszystkim dobra gra w obronie i dominacja na tablicach. Czarni zdobyli tylko 57 punktów – wcześniej ich najsłabsza zdobycz w tym sezonie wynosiła 66 oczek! Gospodarze trafili więcej rzutów z dystansu, ale ich selekcja pozostawiała wiele do życzenia – ostatecznie mieli zaledwie 30% skuteczności z gry. Ponadto Śląsk zaliczył aż 17 zbiórek więcej, a największą różnicę w tym aspekcie zrobił Kerem Kanter. Turek zebrał piłkę 14 razy, dorzucając do tego 17 punktów. Więcej oczek od niego zdobył tylko Travis Trice (18), dokładając do tego 5 zbiórek i 6 asyst. Dwucyfrowymi zdobyczami punktowymi mogą pochwalić się również Łukasz Kolenda (12) i Ivan Ramljak (10).

– W nocy z soboty na niedzielę wróciliśmy z Zielonej Góry i praktycznie nie mieliśmy czasu na regenerację. Zawodnicy jeszcze raz pokazali prawdziwy charakter. Charakter, który wygrywa. Naprawdę chcę podziękować zawodnikom za walkę, jaką pokazali. Wiem, ile kosztowały ich mecze ćwierćfinałowe i tym większe należą im się gratulacje. Jest dopiero 1-0, a gra się do trzech zwycięstw. Sami przegrywaliśmy w serii 0-2 i potrafiliśmy odrobić straty. Jeszcze długa droga do finału przed nami – mówił na pomeczowej konferencji prasowej trener Śląska, Andrej Urlep.

Trójkolorowi zaliczają czwarte zwycięstwo z rzędu i w dobrych nastrojach będą podchodzić do starcia numer 2. Jego początek już w czwartek o godzinie 17:30, również w Hali Gryfia w Słupsku. Liczymy na kolejną wygraną i solidną zaliczkę przed powrotem do Wrocławia na już wyprzedany mecz numer 3 w Hali Orbita.

TAAAAAAK! WKS Śląsk Wrocław wygrał z Zastalem Zielona Góra 95:68 i wciąż ma szansę na awans do półfinału play-offów Energa Basket Ligi! Wojskowi przegrywają w serii 1-2, a kolejny – i miejmy nadzieję nie ostatni – mecz już w tę środę o 19:00!

Wszyscy wiedzieli, jak ważne spotkanie czekało naszą drużynę. Porażka oznaczała pożegnanie się z rozgrywkami już w pierwszej rundzie play-offów. Na pewno nie tak wyobrażaliśmy sobie przygodę po sezonie zasadniczym, ale trzeba było zrobić wszystko, by zwyciężyć i utrzymać nadzieje na awans. Andrej Urlep postawił na pierwszą piątkę w składzie: Travis Trice, Łukasz Kolenda, Jakub Karolak, Kerem Kanter i Martins Meiers. Z powodu urazu odniesionego jeszcze w Zielonej Górze wystąpić nie mógł niestety Aleksander Dziewa.

Spotkanie rozpoczęło się przy ogromnej wrzawie wrocławskich kibiców. Obie drużyny w pierwszej fazie meczu wydawały się być bardzo stremowane całą atmosferą. Masa niewymuszonych błędów, nieprzygotowane rzuty i próby grania izolacją to jedyne, co zapamiętamy z dwóch początkowych minut. Śląsk ciągłe szukał swoich szans i nie pozwalał tym samym uciec rywalom z Zielonej Góry.

Niestety niepokoiła nas nieskuteczność Travisa Trice’a. MVP sezonu zasadniczego miał spore kłopoty ze znalezieniem drogi do kosza i Andrej Urlep musiał dać mu trochę odpoczynku. Na nasze szczęście rywale również mieli problemy, ale to przede wszystkim za sprawą naszej dobrze zorganizowanej defensywy. Cała kwarta nie należała do koszykarskiego “créme de la créme”, lecz najważniejsze, że Wojskowi zeszli z niej, prowadząc 15:12.

W drugiej kwarcie Zastal ciągle nie mógł zniwelować problemów dotyczących dochodzenia do pozycji rzutowych. Podczas zbiórki w ofensywie wyglądali naprawdę nieźle, lecz zazwyczaj nie przekładało się to na zdobycze punktowe. W Śląsku w buty Travisa chwilowo wszedł jego brat – D’mitrik. Amerykański rozgrywający radził sobie z tym jakże trudnym zadaniem, ale na prawdziwego bohatera wyrastał Martins Meiers, który po ośmiu minutach miał już na koncie 10 oczek. Łotysz rozgrywał swoje najlepsze minuty w barwach Wojskowych.

Dzięki temu wrocławianie po raz pierwszy wyszli na spokojne, siedmiopunktowe prowadzenie. Na dużą pochwałę zasługuje nasza defensywa. Cały czas świetnie doskakiwaliśmy do rywali, a blok wcześniej wspomnianego Meiersa był potwierdzeniem tej tezy. Przede wszystkim dzięki twardej obronie na przerwę mogliśmy udać się z uśmiechem na ustach. Efektownego buzzer-beatera trafił jeszcze Travis Trice, a Śląsk Wrocław po dwóch kwartach prowadził z Zastalem Zielona Góra aż 45:31!

Trzecią kwartę Śląsk rozpoczął w imponującym stylu. Najpierw Travis Trice rzucił równo z syreną, a jakiś czas później fantastycznym podaniem obsłużył Szymona Tomczaka, który wsadził piłkę do kosza.

Amerykanin złapał w końcu swój rytm i w każdej akcji pomagał Śląskowi w utrzymaniu bezpiecznej przewagi. Dodatkowym plusem było to, że Zastal po niecałych sześciu minutach uzbierał już pięć fauli. Każde przewinienie kosztowało naszych rywali potencjalną utratę punktów z rzutów wolnych, więc musieli grać nieco ostrożniej w defensywie.

A Wojskowi nawet nie myśleli się zatrzymać! W dwóch kolejnych akcjach najpierw Travis skutecznie rzucił z półdystansu, a później Kodi Justice zza łuku powiększył prowadzenie do 22 punktów. Nasza gra z sekundy na sekundę nabierała kolorytu, a ręce same składały się do oklasków. W defensywie byliśmy niezniszczalni, a w ataku wpadało nam dosłownie wszystko. Przed czwartą kwartą prowadziliśmy 77:50.

Na początku czwartej kwarty zielonogórzanie wzięli się do roboty. Po niespełna trzech minutach Zastal prowadził w kwarcie już 9:0, jednak było zbyt późno, by odmienić losy spotkania. Śląsk miał mecz pod kontrolą i tylko czekał na potknięcia rywala. Swoją już firmową zasłoną popisał się Łukasz Kolenda, który tym samym wymusił faul w ataku, a kilka sekund później starszy z braci Trice zza łuku rzucił swoje 25, 26 i 27 punkty.

Daliśmy fantastyczny pokaz gry koszykarskiej i mimo dużej przewagi nie pozwoliliśmy Zastalowi na odrobienie choć części strat. W końcówce spotkania trener Andrej Urlep dał odpocząć podstawowym zawodnikom, a minutę później rozbrzmiała końcowa syrena. WKS Śląsk Wrocław wygrał z Zastalem Zielona Góra aż 95:68 i gramy dalej!

Śląsk efektownym zwycięstwem nie tylko zachował szanse na awans do półfinału, ale wysłał jasny sygnał rywalom – tej serii tak łatwo nie wygracie. Nie mogłoby się to wydarzyć, gdyby nie fenomenalny występ naszego MVP – Travisa Trice’a. Amerykanin rzucił tego dnia 29 punktów (10/14 z gry) i dołożył 7 asyst. Na pochwałę zasługuje jednak cały zespół. Defensywa tego dnia działała niemalże wzorowo i gdyby nie lekkie problemy przy zbiórce, to nie można by się do niczego przyczepić.

– Wiedzieliśmy, że porażka w tym meczu oznacza koniec sezonu. Nikt z nas tego nie chce. Zagraliśmy bardzo dobre spotkanie i dużo lepiej walczyliśmy na tablicach, niż w Zielonej Górze. Graliśmy bardzo dobrą, zespołową koszykówkę. Zawodnicy pomagali sobie i dzielili się piłką. Jesteśmy bardzo zadowoleni ze zwycięstwa, ale też wiemy, że Zastal nadal prowadzi 2-1. Już w środę czeka nas kolejny mecz, który będzie zupełnie inną historią – mówił na pomeczowej konferencji prasowej trener Andrej Urlep.

Jesteśmy gotowy do walki o remis! Widzimy się w Hali Stulecia już w środę o 19:00 – bilety możecie kupić w serwisie Abilet.pl.